Sen o nawiedzonej hacjendzie.

28-04-2001, Polska

Sen o nawiedzonej hacjendzie

Razem z M. pojechałem do swojego starego domu, w którym mieszkałem w rzeczywistości dawno, dawno temu. O dziwo na motorze.

Dojechaliśmy na miejsce już po zmroku. Dom stoi opuszczony - nikt w nim nie mieszka, więc otworzyłem drzwi frontowe kluczem, pogmerałem coś przy desce rozdzielczej z bezpiecznikami i zalałem nas strugą światła sączącą się leniwie z żarówki. Wyniosłem na ganeczek dwa siedziska i jakiś okrągły stolik, zaparzyłem kawkę i siedzieliśmy tak sobie na tym ganeczku gwarząc radośnie, kiedy to nagle otwarły się drzwi... W drzwiach stanęła moja mama.

M. zareagowała bardzo żywo: poderwała się i chciała coś zagadać, ale uspokoiłem ją skinieniem ręki i wyjaśniłem, że to jedynie... widmo. Nie chciała wierzyć, kiedy tłumaczyłem jej, że ten dom jest nawiedzony przez widmo mojej ciągle żyjącej matki. Tłumaczyłem dalej, że w zasadzie widmo to ma z nią samą niewiele wspólnego poza wyglądem i głosem. Dalej nie wierzyła, więc podeszliśmy do widma i zapytałem je, czy zna M.. Widmo odparło - głosem mojej matki oczywiście, że nie zna jej zupełnie (w rzeczywistości obie panie poznały się, stąd uznałem to za wystarczający dowód na to, że widmo nie jest moją prawdziwą matką). Powiedziało nawet, że było by miło gdybym przedstawił mu M. Obserwując wyraz twarzy mojej towarzyszki, zrozumiałem, że zaczyna wierzyć, gdyż moja rzeczywista mama nawet w realiach snu znała M. bardzo dobrze. Wróciliśmy więc do przerwanej czynności picia kawy, a widmo postało jeszcze chwilę i nic nie mówiąc zeszło po schodkach na podwórko, skierowało się do drzwi prowadzących do piwnicy otworzyło je i znikło za nimi. Czas dalej upływał nam na luźnej rozmowie, kiedy stwierdziliśmy, że czas już najwyższy, żeby się stąd zbierać.

Schowałem stolik, krzesełka i zaczęliśmy przytraczać do naszego jednośladowego pojazdu potwornie wielkie paki z różnymi rzeczami. Wtedy nie zastanawiałem się co zawierają, ale teraz jestem święcie przekonany, że nie mieliśmy ich jadąc na miejsce. Wtem otwarły się główne drzwi do mojej hacjendy i w drzwiach stanęło kolejne widmo! Poznałem od razu kogo przedstawia. Tak wstrząsnęła mną jego obecność, że zrobiło mi się słabo i ugięły się pode mną nogi. Widmo ruszyło po schodkach, po których uprzednio zeszło widmo mojej matki, i usiłowało przemknąć do piwnicznych drzwi, ale skoczyłem i zagrodziłem mu drogę. Złapałem je za przedramię i doznałem kolejnego wstrząsu - zjawa była materialna. Nawet w nie-śnionych realiach zdaję sobie sprawę, że widma winny być widmowe, a nie przyoblekać się w materię. jednak było to autentyczne widmo, tyle że z krwi i kości. Zjawa spojrzała w moją twarz i mogłem utwierdzić się w przekonaniu, które miałem od chwili zobaczenia jej w drzwiach - to był Jezus Chrystus! Odskoczyłem jak poparzony, tak poraziła mnie ta sytuacja, a zjawa korzystając z sytuacji, dała nura do piwnicy zatrzaskując za sobą drzwi... Wróciłem do M. i zapytałem, czy widziała co tu się działo, ale ona stwierdziła ze zdziwieniem, że przecież nic się nie działo, tylko ja skaczę jak wariat. Nawet nie pytałem już o Chrystusa - pozostał dla niej niewidzialny...

Wsiedliśmy na motocykl, ale z jakiś bliżej niezrozumiałych przyczyn M. usiadła przede mną. Wtedy wydawało mi się to zupełnie naturalne, ale teraz dostrzegam absurd siadania na motorze przed kierowcą będąc jedynie pasażerem. Pamiętam dokładnie włosy M., które majtały po mojej twarzy, oraz fakt, że strasznie niewygodnie jechało mi się, kiedy ciągle musiałem wychylać się zza jej pleców, żeby widzieć drogę. Ale jechaliśmy z diablo demoniczną wprost prędkością, gładko pokonując wszelkie zakręty.

Budzę się w tym momencie.

Powrót...


Komentarze do tekstu

Powrót...