Dziwny pociąg do Gdańska.
09-02-1993, Polska
Dziwny pociąg do Gdańska
Jestem na stacji PKP w Gdańsku. To Dworzec Główny. Czekam na pociąg, który zawiezie mnie do domu. [Wypada tu zauważyć, że w rzeczywistości mieszkałem wówczas pod Krakowem, choć jeżdżąc co roku nad morze, świetnie znałem Gdańsk i Dworzec Główny nie jest mi obcy.] Odprowadzają mnie jacyś ludzie. Mam poczucie, że to jakaś moja rodzina, ale we śnie nie wiem kim były te osoby. Towarzyszy im dwoje dzieci w wieku przedszkolnym. Jedno z dzieci zaczyna zachowywać się bardzo niegrzecznie: krzyczy, biega po torach, skacze po ławkach znajdujących się na peronie. Obserwuję to zachowanie przez chwilę. W pewnym momencie, zupełnie bez zapowiedzi podjeżdża pociąg. Podnoszę się z ławki i zbieram swoje rzeczy. Żegnam się z ludźmi, którzy mi towarzyszą, ale ku mojemu zdziwieniu, pociąg nie zatrzymuje się wcale. Może to nawet i dobrze, bo zdążyłem zauważyć, że miał tylko jeden wagon. Myślę sobie, że przejechać w takich warunkach całą noc byłoby bardzo niemiło. Siadam z powrotem. Czekam dalej.
Podjeżdża wreszcie właściwy pociąg. Wsiadam do pierwszego wagonu (licząc od lokomotywy) i usiłuję znaleźć sobie jakieś miejsce. Nie ma tu jednak siedzeń ale same łóżka. Dziwne, takie szpitalne z wyprasowaną i mocno wykrochmaloną pościelą. Przechodzi przeze mnie nieprzyjemne uczucie, jakie od zawsze towarzyszy mi w szpitalach. Przyglądam się tym łóżkom dokładniej i teraz widzę, że niektórym brakuje pościeli, na innych pościel jest zmięta, jakby ktoś właśnie wstał. Jedne łóżka stoją samotnie, inne są złączone i tworzą pary, a nawet trójki. Dziwi mnie fakt, że nie ma tu nikogo i choć mógłbym bez trudu znaleźć sobie wygodne miejsce, decyduję się przejść do kolejnego wagonu. Nie lubię szpitali... W kolejnych wagonach mijam ludzi. Mnóstwo ludzi. Tłumy. W jednym wagonie byli zebrani sami studenci. Panował tu gwar. Ktoś grał na gitarze, inni ćwiczyli pokera pod oknem. Nie było tu wolnego miejsca. W kolejnym wagonie znajdowali się sami starcy. Starzy mężczyźni i stare kobiety. Siedzą cicho, nie rozmawiają ze sobą. Widzę ich pomarszczone twarze, przygaszone oczy. Nie, tu też nie ma dla mnie miejsca - ruszam dalej. W kolejnym wagonie same kaleki. Ludzie chorzy, po wypadkach. Cali zabandażowani. Jedni bez rąk, inni bez nóg, niektórzy z wyraźnym trądem, szkorbutem. Poczułem się strasznie. Nie chciałem zostać tu minuty dłużej. Przerazili mnie ci na wskroś przesiąknięci wszelkimi możliwymi chorobami ludzie. Przeszedłem do kolejnego wagonu odczuwając prawdziwą ulgę. Minąłem jeszcze kilka wagonów nie mogąc znaleźć sobie miejsca, aż dotarłem do wagonu, w którym znajdowały się dzieci. Rozejrzałem się wokół. Podróżowały tu dzieci w wieku 12-13 lat. Ich wagon był inny. Było tu kolorowo, wszędzie plątały się jakieś zabawki. Pod ścianami znajdowały się drabinki gimnastyczne okupowane przez chłopców. Jakich głuchoniemy dzieciak zaprosił mnie abym zajął miejsce na drabince koło niego. Usiłował o coś mnie zapytać, ale nie znam języka migowego i jedyne co mogłem, to uśmiechnąć się do niego. Postanowiłem, że tu zostanę. Zszedłem z drabinki na dół zająć sobie miejsce na jednym z łóżek. Położyłem się i rozmawiałem z jakimiś dwiema dziewczynkami.
Obudziłem się w tym miejscu.
