Sen o Sherlocku Holmesie.
08-05-1992, Polska
Sen o Sherlocku Holmesie
Stoję na drodze. Jest to brukowana droga. Bardzo stara. Czas nie jeden raz złamał sobie na tych kamieniach ząb. Bruk popękał w wielu miejscach. Przez chwilę obserwuję poszczególne kostki bruku. Po obu stronach drogi znajduje się murek. Nie jest wysoki - 60, może 70 centymetrów. Murek zbudowany jest z białego kamienia. Bardzo ładnie komponuje się z tą starą drogą, którą w sobie zawiera. Za murkiem widać szpaler topoli. Rosną wysokie, strzeliste, smukłe. Piękne! Poza topolami nie ma już nic. Pustkowie. Zieleń traw kołyszących się lekko na wietrze. Piękny, spokojny, sielski obrazek. Nie mam pojęcia jaki to kraj.
Spostrzegam, że jestem... kobietą. Dość niską blondynką. Proste włosy ścięte tuż przy szyi miotają mi po twarzy i kiedy szybko ruszę głową, mogę bez trudu dostrzec ich platynowy kolor. Podobają mi się moje włosy. Są takie zadbane, równo przycięte. Idę wzdłuż tej brukowanej drogi. Jest cudowna pogoda. Nie ma co prawda ostrego słońca, ale rozproszone wygląda zza chmur. Jest ciepło. Dostrzegam, że mam na sobie jasną, delikatną sukienkę z bardzo miękkiego materiału. Sukienka sięga lekko poniżej kolan, na barkach czuję tasiemki ramiączek. Spacer sprawia mi wielką przyjemność. Nie spieszę się. Idę tak sobie przed siebie bez jakiegoś celu i cieszę się pogodą, pustką i swoim własnym towarzystwem. Murek po obu stronach drogi towarzyszy w mojej podróży. W pewnym momencie ciągłość murka po lewej stronie zostaje zaburzona - płynnie przechodzi w... bramę. Za bramą znajduje się dokładnie taka sama droga. Taki sam bruk. Taki sam murek. Takie same topole. Ot, od drogi, którą idę, odchodzi druga taka sama droga.
Spoglądam w dal przez bramę i widzę... krzyż. Nie jest to jednak typowa szubienica krzyżowa. Wygląda raczej jak wbity w ziemię gruby pal okręcony dookoła jakimiś puchowymi materiami. Przychodzą mi na myśl poduszki. W pewnym momencie widzę, że naprzeciw mnie wychodzi zza zakrętu jakaś postać. Kieruje się niespiesznie w moją stronę. Kiedy podchodzi na tyle blisko, że mogę przyjrzeć się jej twarzy, paraliżuje mnie strach. Jej twarz gnije! Wygląda jakby cierpiała na trąd, tudzież właśnie wyszła z grobu po zbyt długim odpoczynku. Coś mi mówi, że ona jest w jakiś sposób powiązana z tym poduszkowym krzyżem. Odwracam się i zaczynam uciekać. Uciekam drogą, którą przed chwilą niespiesznie spacerowałem(łam?). Biegnę jakby gonili mnie wszyscy diabli z piekła. Nie czuję zmęczenia - po prostu gnam przed siebie. Dobiegam do jakiegoś pałacu. Jest przepiękny! Droga razem z murkiem zamienia się w podjazd okalając klomb gigantycznych rozmiarów. Na klombie rosną jakieś jaskrawo żółte kwiatki. Mijam go w pędzie po lewej stronie. Zauważam, że na murku przed wejściem siedzą... Sherlock Holmes wraz ze swoim przyjacielem - doktorem Watsonem! Na mój widok dżentelmeni wstają i podchodzą do mnie. Sherlock spogląda na mnie i uśmiechając się do mnie mówi "Proszę się nie obawiać, ja rozwiążę tę zagadkę dla pani." Odwraca się i zaczyna iść zwolna brukowaną drogą, którą przed momentem przybiegłem(łam?).
Wchodzę do domu. Zaczynam się zachowywać, jak właścicielka tego pałacu. Skinieniem dłoni odsyłam pokojówkę, która właśnie mnie zobaczyła i posyła pytające spojrzenie w moją stronę. Zaczynam się przechadzać po pokojach i... sprawdzam czy wszystko znajduje się na swoim miejscu. Sprawdzam, czy coś nie zginęło.
Spotykam... swoją rzeczywistą ciotkę, ale czy we śnie byliśmy spokrewnieni, tego nie wiem. Ot, pojawia się jakaś starsza kobieta, która mija mnie bez słowa.
Słyszę dzwonek do drzwi. Schodzę po wielkich marmurowych schodach i otwieram odrzwia, w których stoją Sherlock wraz z Watsonem. Wchodzą. Sherlock siada na wielkiej kanapie w holu i uśmiecha się przyjaźnie do mnie. Mam nieodparte wrażenie, że zdążył już rozwiązać zagadkę. Nie potrafi ukryć podniecenia i aż go język świerzbi, żeby wszystko mi opowiedzieć. Stara się jednak budować napięcie i milczy z tajemniczą miną na twarzy. W końcu zaczyna mówić. Uświadamia mi, że wszystkie te włości wokół pałacu oraz sam pałac należą do mnie. Moja ciotka (we śnie okazała się być moją siostrą) wraz ze swoim mężem postanawia przejąć na własność wszelkie te dobra. Wymyślili sposób aby to osiągnąć polegający na tym, że wpędzą mnie w paranoję, aby mnie ubezwłasnowolnić. Przekupili więc kobietę z gnijącą twarzą, aby ta nastraszyła mnie na drodze. Postawili też na drodze ów tajemniczy krzyż nasączając go jakimiś środkami, które miały powodować moje halucynacje gdybym przespacerował(ła?) się obok niego. Sherlock mówił bardzo dużo rzeczy, których nie pamiętałem po obudzeniu.
