Sen o pewnym mieście.

zapisany bez daty, Polska

Sen o pewnym mieście

Jestem w Polsce. Wracam właśnie ze sklepu, w którym zwykłem robić zakupy.Przeszedłem przez mostek kierując się w stronę domu. Droga biegnie w kierunku szkoły podstawowej mijając szkolne boisko. Dostrzegam, że na murawie tego boiska panuje jakiś dziwny rumor. Helikopter. Ludzie. Zgiełk. Podniesione głosy.

Podchodzę bliżej. Okazuje się, że zdarzył się jakiś wypadek. Poszkodowany jest chłopiec. Właśnie przyleciał po niego śmigłowiec, który miał go gdzieś przetransportować. Ludzie pakują nieprzytomnego chłopca do jakiegoś takiego wiklinowego kosza i usiłują wnieść go do maszyny. Wtem ktoś stwierdza, że przecież dziecko nie może lecieć samo - ktoś powinien z nim polecieć. Zgłaszam się, że chętnie będę towarzyszył chłopcu. Już usadowiłem się wewnątrz maszyny, kiedy ktoś zauważył, że jest jeszcze druga poszkodowana - mała dziewczynka. Pomimo tego, że śmigłowiec zapuścił już w ruch silniki, ktoś podaje mi dziewczynkę, a ja wciągam ją do wewnątrz. Sadzam ją sobie początkowo na kolanach, ale widząc, że nie wytrzymamy długo w tej pozycji, usadawiam ją w drugim plecionym, wiklinowym koszu. Chłopiec jest nieprzytomny, dziewczynka przytomna. Helikopter zaczyna poruszać się do przodu. Lecz jakimś dziwnym trafem leci tuż nad ziemią nie wznosząc się wyżej. W tej chwili dostrzegam, że pilotem jest... M.B. - mój fizyk z podstawówki, który pracuje w szkole obok. Popieprzony facet o duszy szalonego naukowca. Krzyczę do niego, żeby podniósł maszynę do góry, bo "zagrażają nam kamienie na ulicy" (używam dokładnie tych słów). On podrywa w górę śmigłowiec i pyta mnie, jak wysoko ma lecieć. Odpowiadam, że jakieś cztery metry nad ziemią, bo jak poleci niżej, to zahaczymy o słupy. Lecimy więc tuż nad słupami, które już nam nie zagrażają.

Tu coś dziwnego dzieje się w kontinuum snu, bo następną scenką jaką pamiętam jest ta, że to ja prowadzę helikopter. M.B. gdzieś przepadł, a z tyłu na fotelach siedzą dzieci - oboje przytomni. Nie wiem gdzie mam lecieć, i jak prowadzić helikoptery, ale idzie mi to całkiem sprawnie. W kilka minut później jesteśmy na miejscu. Lądujemy w jakimś nieznanym mi mieście. Miasto bardzo dziwne architektonicznie. Na ulicach mnóstwo ludzi. Ubrani są w jakieś dziwne stroje z dawno przebrzmiałych epok. Ludzi są dzikie tłumy, ale nikomu to nie przeszkadza. Nikt nigdzie się nie spieszy. Wszyscy ze sobą serdecznie rozmawiają. Idziemy we trójkę ulicami rozglądając się i podziwiając dziwną architekturę. Dochodzimy do jakiegoś skrzyżowania, na rogu którego jakiś gość sprzedaje w budce ciastka. Podchodzę do niego z myślą, że kupię nam jakieś łakocie. Jednak pan nie chce ode mnie pieniędzy - po prostu wręcza nam ciastka za darmo. Jednakże wprawia mnie w zdziwienie tym, jak podzielił nas tymi słodyczami: ja i chłopiec dostajemy po jednym ciasteczku, a dziewczynka dostaje dwa. Nie przypominam sobie, żeby dzieci były z tego powodu nieszczęśliwe - jedzą swoje ciastka i nie odzywają się ani do siebie, ani do mnie. Idziemy dalej bez celu, a mnie dręczy myśl, dlaczego dziewczynka dostała dwa ciastka. Odpowiedzi na dręczące mnie pytanie udziela mi jakiś przechodzień. Wyjaśnia mi, że miejsce, w którym się znajdujemy to... Miasto Umarłych. Człowiek, który dał nam słodycze jest tam po to, aby nagradzać tych, którzy przyprowadzają zmarłych do tego miasteczka. Chłopiec i ja przyprowadziliśmy po jednym zmarłym, dlatego dostaliśmy po jednym ciasteczku, a dziewczynka przyprowadziła dwóch, więc została nagrodzona podwójnie. W tym właśnie momencie dociera do mnie, że w tym układzie, to ja i chłopiec jesteśmy trupami, a ona jest żywa. Tak przynajmniej wygląda logiczna kalkulacja. Cały czas nie opuszcza mnie pytanie, co wobec tego stało się w tej krótkiej chwili, kiedy ja zasiadłem za sterami helikoptera... Myśl o tym zastąpiona zostaje inną, która wywołuje we mnie delikatne przerażenie - będę musiał tu zostać... Ta część snu się kończy, a ja widzę z perspektywy trzeciej osoby dziewczynkę, która jest już w domu otoczona zgrają ludzi. Dziecko jest milczące i wydaje się być zagubione. Dorośli jak to zwykle w takiej sytuacji są natrętni. Usiłują jej wepchnąć do ręki czekolady, lody, zabawki i zadręczają ją pytaniami "Jak tam jest?" Nie dziwi nic, przecież wróciła "z tamtej strony".

Budzi mnie w tej chwili telefon. Nie miałem okazji dowiedzieć się jakie były dalsze jej losy.

Powrót...


Komentarze do tekstu

Powrót...