Tasmania 2006
Dzień trzeci
Sobotni poranek powitał nas dojmującym chłodem. Opowieści znajomych, głoszące jakoby Tasmania była niesłychanie zimna nawet w środku lata, okazały się prawdziwe. W planach na ten dzień mieliśmy długą podróż samochodem i fakt panującego na zewnątrz chłodu nie przerażał nas tak bardzo. W trakcie śniadania zostaliśmy też zapewnieni, że to tylko poranny chłód i dzień będzie ciepły i przyjemny.
Po śniadaniu wymieniliśmy adresy i numery telefonów z właścicielami pensjonatu oraz otrzymaliśmy zapewnienie, iż zawsze jesteśmy tu mile widziani. Dziewczynki zostały wyściskane przez gospodarzy, a także wyposażone w czekoladowe batoniki na drogę. Właśnie chcieliśmy ruszyć przed siebie, gdy okazało się, że "złapaliśmy gumę". Wymiana koła przebiegła sprawnie, choć wiązała się z koniecznością wypakowania całego bagażu, celem dostania się do koła zapasowego.
Przez całą drogę do Hobart wypatrywaliśmy jakiegoś zakładu wulkanizacyjnego, niemniej w sobotnie przedpołudnie nie było to zadanie łatwe. Większość właścicieli prywatnych firm nie pracuje tego dnia.
Kiedy miasto został już daleko za nami, postanowiłem zjechać na stację benzynową i zasięgnąć języka. Wszak miejscowi dobrze się znają i być może będą w stanie pomóc mi w moim "dziurawym" kłopocie.
Nie pomyliłem się wcale. Pan stojący za kontuarem uśmiechnął się i bez zwłoki wykonał jakiś telefon. Po krótkiej rozmowie oznajmił mi, iż kilkanaście kilometrów dalej jest niewielki punkt napraw. Co prawda nie pracują w soboty, ale jeśli zgłoszę się do właściciela i powiem mu, że przysłał mnie Phill, zostanę obsłużony. Podziękowałem ślicznie i pojechaliśmy we wskazaną stronę.
Niewielki punkt napraw okazał się być maleńkim garażem ulokowanym obok jeszcze mniejszej stacji paliw. W garażu nie było nikogo, więc znowu skierowałem swoje kroki do pani obsługującej kasę. Okazało się, że specjalistą, który ma załatać nasze koło jest jej mąż.
Nie trzeba było długo czekać, by drzwi garażu otwarły się. Stanął w nich okrąglutki, jowialny człowieczek, który w kilka minut odesłał moją "gumową" troskę w niebyt. Zapłaciliśmy dziesięć dolarów za naprawę i choć nalegaliśmy, aby przyjął chociaż butelkę dobrego piwa jako dowód naszej szczerej wdzięczności, ten odmówił z uśmiechem i życzył nam udanych wakacji.
W kilkadziesiąt minut później dojechaliśmy do słynnego Port Arthur.
Port Arthur znany jest głównie z zabytkowych ruin kolonii karnej wybudowanej przez Brytyjczyków w XIX wieku. W latach 1830 - 1877 z różnych części Imperium Brytyjskiego zesłano tu około 12.5 tysiąca osób. Miejsce cieszyło się ponurą sławą. Kolonia karna otoczona z jednej strony lasami, a z drugiej oceanem miała doskonałą lokalizację. Niewielu skazanym udało się stąd zbiec. Niewielu też próbowało. Pensjonariuszami byli głównie drobni przestępcy z miast, dla których ucieczka w australijski busz oznaczała zredukowanie swoich szans na przeżycie praktycznie do zera. Brak umiejętności żeglarskich przekreślał również wodną drogę na wolność.
W chwili obecnej kolonia karna sprawia przygnębiające wrażenie. Znajdują się tu głównie odarte z drewnianych elementów mury z żelaznymi kratami w oknach. Budowle w tym stanie pozostawił pożar, który przetoczył się przez Porth Arthur kilkadziesiąt lat temu. Tu i ówdzie można zauważyć efekty prac renowacyjnych oraz archeologicznych. Wszystko wskazuje na to, że za kilkanaście lat miejsce to stanie się godnym uwagi zabytkiem świadczącym o korzeniach całej współczesnej Australii.
W chwili obecnej odwiedzający mogą skorzystać z szeregu atrakcji. Nocny "spacer z duchami" czy wizyta na Wyspie Umarłych to zaledwie początek długiej ich listy.
Zdecydowaliśmy się na przejażdżkę stateczkiem wokół wysepek, z których składała się kolonia. Z okien obejrzeliśmy Wyspę Umarłych, która w czasach, gdy więzienie funkcjonowało pełną parą, stanowiła cmentarz. Znajduje się na niej kilka tysięcy, w większości bezimiennych, mogił więźniów oraz wolnych osadników.
Wystarczyło nam czasu również na obchód muzeum w towarzystwie przewodnika wykazującego się niespotykanym wprost krasomówstwem. Moje córki, które raczej dość szybko się nudzą oscylując wokół jednego tematu, słuchały jego opowieści z wybałuszonymi oczami i otwartymi buziami.
Spacerując po terenie obozu, natknęliśmy się na płytę upamiętniającą tragiczne wydarzenie, które miało miejsce na terenie muzeum 29 kwietnia 1996 roku. To właśnie tutaj uzbrojony w broń półautomatyczną, dwudziestoośmioletni Martin Bryant zabił 35 osób i zranił dwadzieścia.
Sprawa masakry została nagłośniona przez media na całym świecie. To właśnie za sprawą tego szaleńca Tasmania przestała istnieć jako atrakcja turystyczna na długie lata.
Obecnie krążą różne próby wyjaśnienia motywów, które popchnęły Martina do eskalacji agresji przeciwko turystom. Ostatnio spotkałem się z twierdzeniem, jakoby akcja ta była zakrojona na szerszą skalę przez lokalnych ksenofobów, a sam Bryant stał się kozłem ofiarnym.
Wyjechaliśmy stamtąd w milczącej zadumie, którą przerywały jedynie pytania Laury dotyczące szeregu aspektów więziennego życia.
Kolejny cel naszej wyprawy stanowiła szatańska kuchnia. "Devil's Kitchen" to potwornie wysokie klifowe nabrzeże oddalone od Port Arthur o kilkanaście kilometrów.
Od niewielkiego parkingu do brzegu musieliśmy przejść ukrytą wśród gęstych drzew ścieżką, która kończyła się balustradą. Widoki, które rozpostarły się przed naszymi oczami, przyprawiały o zawrót głowy. Ów zawrót znakomicie wzmacniony faktem, iż znajdowaliśmy się na szczycie ponad osiemdziesięciometrowej skarpy. Takich punktów widokowych w czarciej kuchni jest jeszcze kilka. Oczywiście wszystkie musieliśmy odwiedzić.
Dalszą, blisko trzygodzinną drogę, dziewczynki przespały. Po całodziennym spacerze wszyscy byli zdrowo zmęczeni.
Jetty House, bo tak nazywał się nasz kolejny przystanek, znajduje się na samym wybrzeżu w South Port. Przywitał nas muzyką, tańcami i zapachem jedzenia. "To chyba jakiś festyn" - pomyślałem. W rzeczy samej, było to doroczne spotkanie "przyjaciół Jetty House". Raz w roku wszyscy ci ludzie zjeżdżają z okolicznych miasteczek, a nierzadko również z drugiego końca Tasmanii, aby spędzić w swoim towarzystwie kilka dni.
Podobnie jak w New Norfolk, byliśmy oczekiwanymi gośćmi. Zostaliśmy powitani bardzo serdecznie i od razu uraczeni michą pełną jedzenia. Przyznam, że niezmiernie rad byłem temu sutemu poczęstunkowi, gdyż z głodu żołądek przyrósł mi prawie do kręgosłupa.
Zabawa, tańce i śpiewy trwały do późnej nocy, ale zmęczeni wcześniejszymi atrakcjami zdecydowaliśmy się zakończyć ten dzień udając się do wielkich łóżek, by zanurzyć się w pościeli pachnącej morską bryzą.
Trzeci dzień pobytu na Tasmanii dobiegł końca wśród dźwięków muzyki i śmiechów docierających z zewnątrz domu.
Dzień drugi... Dzień czwarty...
Mapka podróży - dzień trzeci.
