Tasmania 2006

Dzień drugi

Poranek na Tasmanii nastał zbyt wcześnie. Jeszcze nie otrząsnęliśmy się z ciepłych objęć snu, a już trzeba było wstawać. Ech, złośliwość Demona Czasu, który ma paskudną tendencję pokazywać swoje prawdziwe oblicze, kiedy człowiek jest na wakacjach.

Zadośćuczynieniem było śniadanie...chrupiące tosty, płatki kukurydziane i słodki miód od lokalnego pszczelarza znakomicie poprawiły nam humor. W końcu przed nami kolejny dzień, który miał obfitować w szereg atrakcji.

Czas naglił. Dziewczynki pełne zapału zebrały swoje rzeczy o wiele szybciej niźli mają to w swojej dziecięcej naturze i już po kilku minutach byliśmy gotowi do dalszej drogi.

Kilka kilometrów za New Norfolk, jadąc w górę rzeki, dojechaliśmy do pięknie położonej rybnej farmy. Jej początki sięgają połowy XIX wieku. Na kilkuhektarowym obszarze przekopano kanały, które następnie zarybiono. Mogliśmy tu oglądać stare budynki, które zaadaptowano na niewielkie muzeum. Zebrane eksponaty opowiedziały nam historię tutejszej hodowli ryb, oraz pokazały nam, jakimi narzędziami posługiwano się podczas codziennych prac. Atrakcję stanowiły baseny służące do wylęgu nowego narybku.

W trakcie gdy dziewczynki traciły drobne ze swojego kieszonkowego na kupowanie karmy dla ryb, wraz z żoną spacerowaliśmy ścieżkami wzdłuż kanałów podziwiając niespotykanej wielkości pstrągi.

W takich błogich chwilach czas jest nieubłagany i pomimo protestów ze strony dzieci, musieliśmy ruszyć w dalszą drogę.

Teraz naszym celem był Mt Field National Park.

Na ten jakże fascynujący spacer trzeba było przygotować się poprzez zmianę obuwia, z lekkiego na wyczynowe.

Spośród dziesiątek możliwości wybraliśmy szlak prowadzący do trzech najpiękniejszych wodospadów. Zgodnie z informacją, czekało nas ponad trzy godziny marszu. Obawialiśmy się, że dziewczynki mogą mieć problemy z dotarciem do celu i odmówią spaceru gdzieś w połowie drogi, ale pokazały, że stać je na znacznie więcej, aniżeli skłonni byli podejrzewać rodzice.

Droga do wodospadu była łagodna. Została przystosowana do potrzeb turystów na wózkach, zarówno dziecięcych, jak i inwalidzkich. Pierwszy cel naszej wyprawy okazał się być blisko. Już po kilku minutach spaceru mogliśmy usłyszeć szum spadającej wody.

Russell Falls to największy w tym parku, wielostopniowy wodospad. Niestety, pora jaką nam udało się go podziwiać to okres suchy, kiedy to sączy się jedynie kilka strumyczków wody. Nie zdołał więc zrobić na nas wielkiego wrażenia, choć jestem przekonany, że w porze deszczowej potrafi przyprawić o zawrót głowy.

Idziemy dalej... do kolejnego wodospadu prowadziło dość strome podejście a co za tym idzie wózki nie miały szans na kolejną atrakcję tego terenu. Po chwili stromizna ukształtowała się bardziej umiarkowanie a po kilkudziesięciu metrach przybrała formę spokojnej ścieżki przez las. Ale co to był za las! Drzewa dorastają tutaj do ponad 70 metrów wysokości i 2 metrów średnicy pnia z uwagi na to bez względu na porę dnia panuje tu ciągły półmrok.

Od czasu do czasu z różnych stron dobiegał nas wrzask Kookaburry, który swoim brzmieniem przypomina histeryczny śmiech lub może raczej odgłosy jakie wydaje stado małp walczących o banana. Oczywiście nie obyło się bez kangurów, które zupełnie nie zwracały na nas uwagi.

Przypomnieliśmy sobie, że przecież te lasy to kraina diabła tasmańskiego. Dziewczynki starały się wypatrzyć go gdzieś w zaroślach, ten jednak schował się na tyle dobrze, że poszukiwania zakończyły się fiaskiem. Może to i lepiej, że diabełki zauważyły, iż są wymierającym gatunkiem i w końcu nauczyły się trzymać z daleka od człowieka. Z drugiej strony szkoda, że przez całą podróż nie dane nam było zobaczyć w naturze ani jednego z tych agresywnych torbaczy. Nie muszę dodawać jak zawiedzione były dzieci.

Z tasmańskich rozmyślań wyrwał nas pomruk. Z początku cichy, ale wraz z pokonywaną drogą coraz głośniejszy. Tak, zbliżaliśmy się do Lady Baron Falls. Jeszcze kilka metrów i naszym oczom ukazał się kolejny wodospad. Nie był co prawda tak okazały jak poprzedni, ale w odróżnieniu od tamtego wypełniała go masa wody.

Pech chciał, że warunki fotograficzne były w tym miejscu niezmiernie trudne. Platforma widokowa nie pozwalała na dobre ujęcia, a zejście z niej wydało mi się nazbyt ryzykowne. Woda spływająca kaskadami tworzyła głębokie koryto, w którym płynęła rwąca rzeka.

Tu nadszedł czas na odpoczynek przed kolejnym etapem drogi, etapem prowadzącym do trzeciej potęgi spadającej wody.

Po godzinie szybkiego marszu doszliśmy do celu naszej wyprawy. Przed naszymi oczami wyrósł trzeci wodospad. Tym razem niewielki, ale za to cudownie malowniczy Horse Shoe Falls.

Wodogrzmot składał się z głównego spływu oraz kilku mniejszych po bokach, a wszystko osadzone w niesamowicie intensywnej zieleni. Woda w korycie u jego podnóża rozlewała się dość szeroko sprawiając, iż nie było zbyt głęboko, a płaskie dno zachęcało, by śmielej poszukać dogodnego miejsca i pstryknąć kilka zdjęć.

Spędziliśmy tam ponad godzinę. Kiedy już obfotografowałem wszystko, co się dało na wszelkie możliwe sposoby, ruszyliśmy w drogę powrotną. W planach mieliśmy jeszcze zjeść szybki obiad i podjechać do Hobart.

W przewodnikach po Tasmanii na temat Hobart można wyczytać:

Hobart jest drugim, po Sydney, najstarszym miastem Australii. Rozpościera się wokół pięknego, pełnego statków i łodzi, portu, a widoki na morze są dostępne niemalże z każdego punktu miasta. Jest tu dużo historycznych budowli i portowych magazynów z piaskowca, galerii, studiów i warsztatów rzemiosła artystycznego, ulicznych występów teatralnych, co nadaje miastu specyficznego charakteru. Okolice Hobart (Tasman Peninsula) są niezwykle malownicze. Pełno tu historii, ruin budowli oraz targów z antykami i wyrobami artystycznymi.

Miasto położone jest pod górą Mt. Wellington (1271 m n.p.m.), na którą prowadzi 22-kilometrowa droga wybudowana przez Tasmańczyków w 1937 roku. Asfaltowy szlak wije się przez las deszczowy, następnie sosnowy, by poprzez skalne pustkowia dotrzeć na platformy widokowe.

Miasto powitało nas pogodą kapryśną. Wilgotne zimno i chmury nie wróżyły najlepiej widokom z monumentalnej góry, na którą chcieliśmy dotrzeć przed zmrokiem.

Krętą drogą, pokonywaliśmy poszczególne etapy drogi. Jednak ostatnie kilometry, zgodnie z przeczuciem, przyszło nam pokonywać w gęstych chmurach i rzęsistym deszczu.

Na szczycie troszkę się rozjaśniło i przestało padać. Pozwoliło nam to na obejrzenie zasnutej mgłą panoramy Hobart. Było zimno, co nie pozwoliło nam na dłuższy postój. Dziewczynki zaczęły marznąć, a i nam ciepło nie było. Postanowiliśmy więc jak najszybciej wrócić do samochodu. I w momencie kiedy dochodziliśmy do niego, niespodzianka!

Okazało się, że pilot do samochodu nie działa. Nie jestem w stanie otworzyć drzwi, a co za tym idzie, złośliwy immobilizer nie pozwala zapalić silnika. Usiłowałem na różne sposoby odpalić samochód, ale niestety - bez skutku.

Na zewnątrz chmury jakby zgęstniały i na szybach pojawiły się pierwsze krople deszczu. Dziewczynki zaczęły się niepokoić i marudzić. Więc uznaliśmy, że jedynym sensownym rozwiązaniem będzie zabrać się z jakimś turystą na dół, by naprawić nieszczęsny pilot.

Kiedy postanowiliśmy wcielić plan w życie, okazało się, że nie tylko my mamy problem z uruchomieniem samochodu. Pozostali turyści mieli dokładnie te same trudności. Roztropniejsi otwierali maski samochodów i sprawdzali przewody. Inni siedzieli bezsilnie czekając na cud.

Aby trochę się rozgrzać, postanowiliśmy przejść się do platformy widokowej i z powrotem. Szybki bieg trochę nas rozgrzał. Wewnątrz budynku znalazłem przykręconą do ściany metalową płytę z informacją na temat... jak uruchomić swój samochód w przypadku problemów.

Okazało się, że na górze znajduje się gigantyczny nadajnik satelitarny, który interferuje z innymi urządzeniami elektronicznymi. Metodą na uruchomienie okazało się przyłożenie pilota do urządzenia odbiorczego pod maską samochodu. Tak więc decyzja o spacerze okazała się zbawieniem.

Do pensjonatu wróciliśmy przemarznięci, niemniej szczęśliwi. Bogatsi o kolejne wrażenia, mogliśmy teraz spokojnie ogrzać się popijając specjał naszej gospodyni... gorącą czekoladę.

Dzień pierwszy... Dzień trzeci...

 


Mapka podróży - dzień drugi.
Tasmania