Tasmania 2006
07-06-2007, Melbourne
Tasmania 2006
Jeśli zapragniemy dowiedzieć się czegoś o Tasmanii, internetowe wyszukiwarki nie zadziwią nas ni masą ni różnorodnością informacji. Możemy dowiedzieć się mniej więcej tego:
"Tasmania - najmniejszy stan Australii, obejmujący wyspę Tasmanię i kilka mniejszych wysp (King, Furneaux, Wyspy Huntera) w Cieśninie Bassa oraz wyspę Macquarie w południowej części Oceanu Indyjskiego. Jest to obszar silnie zalesiony, miejscami występują tu też torfowiska. W dość bogatej faunie osobliwością jest drapieżny torbacz - diabeł tasmański. Mimo znacznej atrakcyjności krajobrazowej Tasmania jest stosunkowo rzadko odwiedzana przez turystów."
Tajemnicza Tasmania, ta zapomniana przez Bogów i ludzi kraina, nęciła mnie od kiedy pamiętam. Już za czasów szkoły podstawowej snułem mrzonki, że chciałbym ją zobaczyć. W lutym bieżącego roku moje marzenie się spełniło.
Przygotowania
Nasza tasmańska przygoda zaczęła się od zakupienia biletów na prom kursujący pomiędzy Melbourne a Devonport. Prom nosi wdzięczną nazwę "Spirit of Tasmania" i przemierza odległość dzielącą obydwa porty, jak na prawdziwego ducha przystało - nocą.
Podróż rozpoczęła się od potwornie długiej kolejki samochodów obficie zraszanych deszczem. Po sprawdzeniu zawartości bagażnika przez obsługę, powoli wtoczyliśmy się do wnętrza statku. Samochody zostały ustawione jeden obok drugiego i opasane specjalnymi obejmami, aby nic nie zakłócało ich dwunastogodzinnego odpoczynku. W międzyczasie właściciele zajęli wyznaczone miejsca w apartamentach, kajutach, kasynach lub przy barach.
Zgodnie z zaleceniami naszych znajomych, dla których tasmańskie podróże to nie pierwszyzna, poszliśmy do obszernej sali telewizyjnej. Jak nas poinformowano - mieliśmy tam przedrzemać podróż wyciągnięci na tapczanach. Co prawda mieliśmy wykupione miejscówki w sali podróżnej dla pasażerów klasy ekonomicznej, aczkolwiek zgodnie z opowieściami okazały się one niewygodne.
Kiedy starsi oddawali się rozmowom przy kawie i lampce wina, dzieci szalały w pokoju zabaw nawiązując nowe przyjaźnie.
Rejs odbywał się spokojnie i bez większych kołysań, których tak obawiała się moja żona. Czas płynął powoli, a wraz z nim nasz duch zbliżał się do brzegów Tasmanii.
Dzień pierwszy
Około godziny szóstej rano, naszym oczom ukazały się zarysy górskich brzegów. Niecierpliwie spoglądaliśmy w ich kierunku, trochę już zmęczeni podróżą, a przede wszystkim nie do końca przespaną nocą. Szybkie śniadanie oraz gorąca kawa dodały nam jednak wigoru.
Prom dotarł w końcu do przystani i zacumował. W chwilę później byliśmy już na lądzie. Czekała nas jeszcze tylko jedna kontrola bagażu, która tym razem odbywała się w trybie ekspresowym. Wręczono nam jeszcze ulotki z informacjami, co warto zobaczyć na wyspie i ruszyliśmy w drogę.
Po kilku minutach wyjechaliśmy z Devonport kierując się w stronę Launceston. Zdecydowaliśmy zjechać z głównych dróg, celem sprawdzenia, jak naprawdę wygląda dzika Tasmania.
Asfaltowa droga skończyła się już po kilkunastu kilometrach, zamieniając się w utwardzaną nawierzchnię. Już niedługo mieliśmy dowiedzieć się, iż tak właśnie wygląda większość tasmańskich dróg. Przed nami wyrosło pasmo zalesionych gór i po chwili zaczęliśmy wjeżdżać na wzniesienie całkiem sporych rozmiarów.
Im wyżej wjeżdżaliśmy, tym bardziej niesamowite widoki rozpościerały się przed naszymi oczami. Nawet dziewczynki, które zwykle nie są zainteresowane obserwowaniem tego, co dzieje się za oknem, teraz patrzyły jak zaklęte.
Droga, która budziła moje obawy, okazała się znacznie lepsza niźli się tego spodziewałem. Po kilkudziesięciu kilometrach wjechaliśmy na płaskowyż położony na wysokości 1200 metrów nad poziomem morza. Tu zatrzymaliśmy się przy pierwszym możliwym zjeździe, który okazał się zmyślnie zagospodarowanym na potrzeby turystyczne obszarem.
Wokół nas sterczały szczyty gór, a przed nami lśniło cudownym, szafirowym blaskiem, jezioro ukryte wśród skał. Nie mogliśmy ominąć takiej atrakcji i postanowiliśmy zatrzymać się na kanapkę i kubek gorącej kawy. Następnie poszliśmy zanurzyć dłonie w jeziorze i pstryknąć kilka zdjęć. Ciekawostką były ogromne głazy pokryte porostami o nienaturalnie intensywnej zieleni, które w dotyku przypominały plastik.
Gdyby nie fakt, że ponaglał nas czas, z pewnością zostalibyśmy tam jeszcze długie godziny, by napawać się ciszą, krystalicznie czystym powietrzem i wodą. Musieliśmy jednak ruszyć w dalszą drogę.
Kolejny postój mieliśmy zaplanowany w miejscowości Outlands. Jak poinformował mnie znajomy, miejscowość ta jest wymarzona dla fotografa, gdyż historyczna część tego miasta nie jest zelektryfikowana i można oddawać się fotograficznej pasji bez konieczności gimnastykowania się, aby przewody "nie właziły" w kadr.
Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy w końcu do Outlands. Dziewczynki zdążyły się już znudzić płaskim krajobrazem, jaki rozciągał się przed nami po tym, jak wyjechaliśmy z pasma gór. Skaliste obszary zamieniły się teraz w okręgi o niespotykanie soczystej zieleni. Wszędzie też pasły się stada brzemiennych mlekiem krów.
Zatrzymaliśmy się obok kościoła. Na niewielkim cmentarzyku krzątała się jakaś kobiecina. Pomyślałem, że zaoszczędzę sobie czasu w poszukiwaniach historycznej części miasteczka, i po prostu zapytam, gdzie owa część się znajduje. Wyobrażałem sobie ją na kształt skansenu.
Zagadnięta kobiecina spojrzała na mnie wielce zdziwiona i stwierdziła, że mieszka tutaj całe życie, ale nic nie wie na temat historycznej, czy zabytkowej części miasteczka. Zasugerowała, iż powinienem raczej udać się do centrum. Tam mieści się punkt informacji turystycznej. Skwapliwie skorzystałem z tej rady i ruszyłem we wskazaną stronę.
W centrum wybuchnąłem śmiechem. Przypomniał mi się bowiem dowcip o bacy, który zagadnięty przez turystę o cudowne widoki stwierdził, że może jakieś by i były, ale wszystko góry zasłaniają.
Całe miasteczko okazało się być miejscem historycznym. W centrum znajdowały się budynki z początku XIX wieku, kiedy to Outlands zostało założone.
Jednym z centralnych obiektów okazał się być wiatrak Callington Mill wybudowany w 1837 roku. W chwili obecnej stanowi jedynie atrakcję turystyczną.
Po obejrzeniu zabytkowego wiatraka i przespacerowaniu się brukowanymi uliczkami, ruszyliśmy w dalszą drogę, której celem był nasz pierwszy dłuższy postój - New Norfolk.
Kolejne kilometry mijały bardzo szybko, gdyż teraz dla odmiany wybraliśmy autostradę łączącą Launceston z Hobart.
Mieliśmy zatrzymać się w pensjonacie Friends Lodge. Jak się okazało, byliśmy tam jedynymi gośćmi. Własciciele czekali na nas z gorącą herbatą, kawą i plackiem, który gospodyni upiekła z myslą o naszych dzieciach.
Tak minął nasz pierwszy dzień na Tasmanii.
Mapka podróży - dzień pierwszy.
