Nowa Zelandia 2008 - Wyspa Północna
28-07-2009, Melbourne
Demon i biegające góry.
Dzisiejszej nocy również nie było nam dane pospać dłużej. Wstaliśmy wcześniej niż zazwyczaj. Na ten dzień najbardziej czekała moja żona, która odkąd pamiętam jest opętana przez Demona Ruchu. Niewidzialny ów stwór gnać jej ciągle każe: im dalej i wyżej tym lepiej. Za nic ma sobie błogie nic-nie-robienie - dopiero kiedy może wspinać się w górę, czuje że żyje. Ona sama twierdzi, że po prostu kocha góry, ale skłonny jestem doszukiwać się w tym kompulsji iście z piekła rodem.
Na dzisiaj zaplanowała wyprawę do Tongariro National Park, a jej uwieńczeniem miało być zdobycie szczytu Mount Ruapehu - ogromnego wulkanu. Nic więc dziwnego, że wspomniany demon mojej żony aż piszczał z radości i zacierał ręce, a sama zainteresowana poganiała wszystkich, żeby szybciej się zbierali.
Droga do parku Tongariro wiedzie wzdłuż linii brzegowej jeziora Taupo by po kilkunastu kilometrach odbić na południe. Po kilkudziesięciu minutach bujne lasy zostały za nami, a nasz pojazd potoczył się w kierunku wysokich, stromych gór ze szczytami skrzącymi się bielą śniegu.
Niegdyś ziemie te należały do Maorysów i były przez nich uznane za miejsca święte. Wiąże się z nimi legenda, która wyjaśnia związek poszczególnych szczytów z ich obecnym ukształtowaniem i umiejscowieniem. Powiada się, że kiedyś na tych terenach było znacznie więcej szczytów, którymi władali góry-wodzowie: Ruapehu, Tongariro, Ngaruhoe oraz Taranaki. Wokół nich gromadziły się inne, mniejsze góry, wliczając prześliczną Pihanga w północnej części parku. Pihanga kochała jedynie Tongariro, zwycięzcę wielu pojedynków z innymi pretendentami do jej ręki. Jednak nawet Tongariro został w końcu pokonany. Powalono go na kolana i obcięto mu głowę (stąd też ścięty szczyt Mount Tongariro). Inny wódz - Taranaki pokonał Ngaruhoe, ale gdy przyszło mu się zmierzyć z Ruapehu był zbyt wyczerpany i ciężko ranny. Uciekł, rzeźbiąc za sobą łożysko Whanganui River. W międzyczasie mniejszy Putauaki dotarł daleko na północ w pogoni za Kawerau, ale zatrzymał się w okolicy jeziora Taupo. W końcu góry przestały się ruszać i zastygły na wieki przybierając obecne formy.
Obserwując błyskawiczny rozwój Nowej Zelandii, XIX-wieczny przywódca lokalnej ludności Te Heu Heu Tukino IV, postanowił uratować świętą ziemię przed eksploatacją. W 1887 roku zdecydował się oddać narodowi te tereny jako dziedzictwo kultury. Darowizna została przekazana pod warunkiem, że nigdy nie zostanie wykorzystana inaczej niźli Park Narodowy. W 1991 roku Tongariro National Park został wciągnięty na listę Dziedzictwa Narodowego Nowej Zelandii.
Podziwiając roztaczające się wokół widoki dotarliśmy do podnóża Mount Ruapehu. Przez dłuższa chwilę przygotowywaliśmy się do czekającej nas wspinaczki. Pakowaliśmy ciepłe ubranie, smarowaliśmy się filtrami przeciwsłonecznymi o bardzo wysokim indeksie oraz zmieniliśmy buty z lekkich sandałków na skórzane "traktory". Po tych metamorfozach byliśmy gotowi do dalszej drogi
Witamy w Mordorze!
Początek nie był zbyt trudny, gdyż pierwszy etap zdobywania góry odbywa się w siodełkach kolei linowej. Dwie przesiadki i zostaliśmy wywiezieni na wysokość 2020 metrów. Już po kilku minutach jazdy w górę dziewczynki zrozumiały, dlaczego tak uporczywie nalegaliśmy na ciepłe swetry. Temperatura spadała z każdym kolejnym metrem. Natomiast widoki, które rozpościerały się wokół przyprawiały nas o zawrót głowy. Nic dziwnego, że Peter Jackson reżyser "Władcy Pierścieni" wybrał tę scenerię na osadzenie obszernych fragmentów Mordoru w trzeciej części trylogii.
Kolejka linowa kończy swój bieg na tarasie najwyżej położonej kafejki na tej hemisferze. Chociaż dziewczynki nalegały, nie zostaliśmy tu na herbatę i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Od samego początku wspinaczki czuje się, że nie jest to zwykła góra. Szlak na szczyt Ruapehu wznosi się bardzo ostro. Podłoże stanowi popiół i czarne szkło wulkaniczne, co znacznie utrudnia wspinaczkę. Idąc, odnosi się wrażenie, jakby szło się po plaży. Z każdym krokiem buty zapadają się, grzęzną i lekko cofają. Wrażeń przydaje również świadomość, że spaceruje się po zboczu ciągle czynnego wulkanu, który posiada bogatą historię erupcji.
Monitoruje się je od 1945 roku, kiedy to Ruapehu zaczął się budzić. Krater błyskawicznie wypełnił się wodą powstałą z topniejącego śniegu, która szybko przebrała jego brzegi i ruszyła w dół. Spływ piroklastyczny trafił do koryta rzeki, zabierając ze sobą most kolejowy. Maszynista nie zdążył wówczas na czas zatrzymać pociągu i sześć wagonów wpadło do lodowatej wody. W 1994 roku Ruapehu zaczął dawać sygnały o zbliżającym się wybuchu, do którego doszło 18 września 1995 roku. Na szczęście nikt nie zginął. W latach 1996 - 2006 doszło do kilku mniejszych erupcji, aż w końcu w marcu i wrześniu 2007 roku Ruapehu eksplodował bez ostrzeżenia. Trzeba było ewakuować kilkadziesiąt osób, które zostały odcięte od możliwości powrotu.
Początkowo obie moje córki były bardzo przejęte faktem, że są w miejscu, które znają z filmu, ale już po kilkudziesięciu minutach mozolnego wspinania się ku szczytowi zaczęły czuć się zmęczone. Przestawały narzekać jedynie na krótkie chwile, kiedy przystawaliśmy na chwilę by złapać tchu i mogły się bawić na śniegu.
Po około dwóch godzinach doszliśmy do miejsca, gdzie postanowiliśmy zatrzymać się na dłużej i zdecydować, czy idziemy dalej, czy też wracamy. Konieczność przedyskutowania alternatywy powrotu pojawiła się z chwilą, kiedy dostrzegliśmy zbliżającą się ku nam ogromną chmurę, która zdążyła już spowić okoliczne szczyty.
Zdecydowaliśmy się wrócić, choć bardzo nie podobał nam się ten pomysł. Do szczytu pozostało zaledwie kilkadziesiąt metrów. Uznaliśmy jednak, że nie będziemy narażać się na niepotrzebne niebezpieczeństwo, jakie niesie ze sobą wspinaczka we mgle. Wkrótce miało się okazać, że była to słuszna decyzja.
Czarne chmury.
Zatrzymaliśmy się przez jakiś czas, oddając się podziwianiu widoków oraz robieniu zdjęć. Ze wzniesienia, na które się wspięliśmy rozciągał się bowiem cudowny widok na Mount Ngaruhoe - kolejny wciąż aktywny wulkan. Nie mogłem odmówić sobie przyjemności fotografowania.
Droga powrotna nie nastręczała większego problemu. Mogliśmy teraz sadzić długie susy i zapadając się w piasku lądować na tyłkach. Dziewczynki od razu odżyły. Schodzenie w dół sprawiało im wiele radości.
Chmura, którą obserwowaliśmy od kilkudziesięciu minut, zdążyła tymczasem okryć szczyt wulkanu i właśnie zaczęła opadać w dół. Obejrzeliśmy się za siebie. Nie było już widać miejsca, w którym zdecydowaliśmy się zawrócić. Pierwsze mokre i zimne "macki" chmury zaczęły nas dosięgać, kiedy rozsiedliśmy się na tarasie kafejki. Zamówiliśmy dla siebie gorącą kawę, a dzieci uznały, że lepsza będzie czekolada.
W chwilę później zjechaliśmy kolejką do stacji położonej kilkaset metrów poniżej. Teraz już trzeba było się ubrać w co tylko mieliśmy. Zrobiło się bardzo zimno i nieprzyjemnie wilgotno. Dzieci tak zmarzły, że ubrały sobie na ręce grube skarpetki, które udawały rękawice.
Ostatnie kilkaset metrów dzielące nas od podnóża Mount Ruapehu zjeżdżaliśmy we mgle. Jednak kiedy stanęliśmy na ziemi mgła się rozwiała i wyszło słońce. Zrobiło się ciepło i miło. Przebraliśmy się z powrotem w lżejsze ciuchy i postanowiliśmy zjechać nad Whanganui River. Wymoczyliśmy zmęczone stopy w chłodnej wodzie, a panny skakały po skałach, które wyrzucił tu z siebie wulkan.
Muszę uczciwie przyznać, że wiele razy skorzystałem z faktu, że moją żoną miota od czasu do czasu ów Demon Aktywności. Pewnie gdyby nie on, nie zobaczyłbym tych scenerii, a była by to strata niepowetowana. Zdecydowanie zaliczam tę wyprawę do najbardziej udanych wycieczek ostatnich kilku lat.
Wypada w tym miejscu nadmienić, że w trzy miesiące później, 2 mają 2008 roku wulkan znowu zaczął o sobie przypominać. Wulkanolodzy, którzy monitorują aktywność Mount Ruapehu dostrzegli pierwsze sygnały aktywności podczas sprawdzania jeziora w kraterze. Odnotowali wzmożoną emisję gazów oraz nieznacznie podniesioną temperaturę. Do dnia dzisiejszego nie doszło do erupcji, i mimo że stan alarmowy nie został odwołany, wulkan stanowi Mekkę dla zapalonych narciarzy. Nie zapominajcie jednak, że Ruapehu to wulkan ciągle aktywny i w każdej chwili może pokazać na co go stać.
Część siódma... Część dziewiąta... Wkrótce.
Mapka podróży - część ósma.
