Nowa Zelandia 2008 - Wyspa Północna

16-02-2009, Melbourne

Spacer (prawie) po Księżycu.

Wrażenia poprzedniego dnia trochę nas zmęczyły. Postanowiliśmy kolejny dzień spędzić na zwiedzaniu tego, co miała do zaoferowania okolica jeziora Taupo. Przewodniki wspominały coś o spacerach wśród lokalnych gejzerów oraz, dla amatorów mocniejszych wrażeń, szaleństwach na łodziach motorowych po Waikato River.

Postanowiliśmy najpierw pojechać do najbardziej odległej z lokalnych atrakcji - "kraterów na księżycu" (Craters of the Moon). Kiedy dojechaliśmy na miejsce okazało się, że nasza poprzednia opinia, którą wyrobiliśmy sobie przez ostatnie kilka dni, jakoby Nowa Zelandia składała się głównie z "płotu, budki i ręki wyciągniętej po pieniądze", tylko się umocniła. Lokalnie wydany przewodnik obiecywał darmowe zwiedzanie, lecz w rzeczywistości przyjemność spaceru kosztowała 10 dolarów od osoby (z niewielką zniżką dla rodziny).

day7_1

Po uiszczeniu stosownej opłaty oraz zaznajomieniu się z informacją, że na geotermicznie aktywny teren wchodzimy na swoją wyłączną odpowiedzialność i mamy trzymać się wyznaczonych ścieżek, zostaliśmy wpuszczeni na teren parku.

Już po chwili przekonaliśmy się, że nie na darmo ta atrakcja nosi miano kraterów, a jej metaforyczna lokalizacja jest bardzo bliska Księżycowi. Teren, na którym się znaleźliśmy, był pozbawionym roślinności pustkowiem, z którego gdzieniegdzie wyzierały ogromne dziury w ziemi, wypełnione gotującą się wodą. Jak zostaliśmy poinformowani, woda ma temperaturę znacznie przekraczającą 100 stopni Celsiusza, a to z racji wysokiej zawartości krzemionki, która podnosi temperaturę wrzenia.

Drewniane chodniki zostały zmyślnie poprowadzone od jednego krateru do drugiego, klucząc pomiędzy otworami w ziemi, mniej lub bardziej ziejącymi kłębami pary. Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że nasz spacer odbywa się po powierzchni przykrytego pokrywą ziemi gotującego się jeziora. Wymóg trzymania się wytyczonych szlaków od razu nabrał sensowności.

day7_2

Jeśli wierzyć temu, co stało napisane w przewodniku, choć jak już wiemy jego wiarygodność została w naszej opinii nadwątlona, Kratery mają swoją dramatyczną historię, która rozegrała się kilkanaście lat temu. Otóż w okolicach Taupo została wybudowana elektrownia, wykorzystująca podziemne źródła z wrzącą wodą do napędzania swoich turbin. Kiedy elektrownia ruszyła i zaczęła wypompowywać wodę spod ziemi, okazało się, że wszystkie geotermiczne atrakcje tego regionu zniknęły. Gejzery przestały buchać parą, a kratery i jeziora wyschły momentalnie. Okoliczna turystyka stanęła przed groźbą podzielenia losu źródeł i gejzerów, z których się utrzymywała.

Mieszkańcy zaczęli słać petycje i prośby do zarządu elektrowni, aby coś jednak zrobiono w tej sprawie. Starano się za wszelką cenę uratować wspaniałą geotermiczną aktywność regionu. Minęły miesiące, a później lata. Zwołano sztab naukowców oraz geologów, którzy zaczęli zastanawiać się, jak przywrócić poprzedni, jakże specyficzny wygląd okolicom Taupo. Odpowiedź była prosta - należy trochę przykręcić kurek w elektrowni, zmniejszając tym samym pobór wody, a wówczas natura będzie potrafiła nadążyć z uzupełnianiem strat. Zarząd zgodził się zmniejszyć pobór wody o około 5%, oraz skierować nadmiar pobieranej wody z powrotem do podziemnych zbiorników. Jak uradzono, tak zrobiono. Kratery na Księżycu odżyły. Okoliczne gejzery, jakich setki znajduje się na tym terenie, znowu zaczęły buchać parą wodną. Wiele z nich nigdy nie ożyło. Kilka pomniejszych atrakcji zniknęło na zawsze. Niemniej udało się odbudować poprzedni charakter Taupo.

Wielki ul.

Po godzinie z niewielkim okładem wyszliśmy z terenu parku i pojechaliśmy zwiedzać dalej. Wuj koniecznie chciał odwiedzić ogromny sklep z produktami pszczelimi, który widział już dnia poprzedniego, kiedy przejeżdżaliśmy nieopodal. Podjechaliśmy tam. Sklep był ogromny! Znajdowało się w nim chyba wszystko, co tylko można uzyskać z miodu, mleczka pszczelego, wosku czy kitu. Od dziesiątek gatunków miodów, przez różnego rodzaju kremy, aż na produktach z propolisu skończywszy. Jako że nie mnie przypadła w udziale wątpliwa przyjemność powożenia, mogłem do woli koncentrować się na delektowaniu się najróżniejszymi miodami pitnymi. Przyznam się, że trochę zaszumiało mi w głowie od tych wszystkich dwójniaków i trójniaków, które spróbowałem.

Dziewczynkom najbardziej podobał się ul, którego ściany zrobione były ze szkła. Spędziły przy nim długie minuty kontemplując pracę pszczół. Stał w kącie sklepu. Ze światem zewnętrznym łączyła go długa przezroczysta rura, przez którą dostawały się do środka pszczoły. Szklany ul! Doprawdy, świetny pomysł! Sam stałem przy nim i długo obserwowałem co też te pszczoły w nim wyprawiają. Niezwykle pomysłowe narzędzie dydaktyczne. Znacznie ciekawsze, niż film o pszczołach wyświetlany w innym miejscu tej przeogromnej hali.

Zaopatrzeni w reklamówkę pełną różnych miodów i innych pszczelich produktów, postanowiliśmy wrócić do domu. Po drodze jednak, naszą uwagę przykuł budynek otoczony wielkimi zdobionymi słupami. Było to Centrum Kultury Maoryskiej - Wairakei Taraces.

Krzemionkowe tarasy i niezapomniana podróż w czasie.

day7_4

Wewnątrz spotkaliśmy starszą Maoryskę, która opowiedziała nam trochę o miejscu, w którym się znajdowaliśmy. Widząc nasze zainteresowanie, zasugerowała iż powinniśmy wziąć udział w pokazie artystycznym, który odbywa się dwa razy w tygodniu, a który szczęśliwym trafem miał się właśnie rozpocząć za kilka godzin. Atrakcja nie należała do najtańszych (czy wszystko musi być takie drogie w tamtym kraju?), ale zachęceni uznaliśmy, że być w kraju Maorysów i nie zobaczyć jak się tańczy taniec wojowników, to jakieś nieporozumienie. Ania stwierdziła, że jest zmęczona i chętnie zostanie z dziewczynkami nad jeziorem. Natomiast męska część naszej grupy, czyli ja z Wujem, zdecydowała wybrać się na ten show.

Nasze przygotowania do wieczornego spektaklu trwały dość długo. Musieliśmy naładować baterie aparatów, przeczyścić szkła obiektywów i na wszelkie sposoby zabezpieczyć się przed ewentualnymi problemami związanymi ze złośliwością rzeczy martwych, która wykazuje zadziwiającą tendencję, by przejawiać się w chwilach najmniej właściwych.

Punktualnie o szóstej wieczorem zgłosiliśmy się do recepcji centrum. Nie byliśmy tam sami - czekało już około dwudziestu osób. Poproszono nas, żebyśmy udali się do sali, w której spotkamy się z naszym przewodnikiem.

day7_5

Theo, bo tak kazał nazywać się gospodarz wieczoru, okazał się młodym, bardzo sympatycznym Maorysem. W skrócie opowiedział nam, co czeka nas za chwilę, oraz jak mamy się zachowywać. Wszak nikt z nas nie znał kultury, z którą mieliśmy mieć do czynienia. Theo opowiedział, że odegramy dzisiejszego wieczoru pewne przedstawienie. Będziemy reprezentować przybyszów, którzy chcąc poznać kulturę maoryską, trafili do niewielkiej wioski. Jeśli spiszemy się poprawnie i nie popełnimy zbyt wielu gaf, być może mieszkańcy wioski pozwolą nam przyjrzeć się swojej pracy i zabawie.

Najpierw został wybrany nasz reprezentant. Został nim starszy (Maorysi bardzo poważają starszych) Anglik. Jego zadaniem było przemawiać w imieniu grupy. Następnie zostaliśmy nauczeni słów pieśni, którą należało zaśpiewać po wejściu do wioski. Oj, różnie nam szło to śpiewanie w języku, którego nikt z nas nie znał! Następnie wyszliśmy przed budynek Centrum, gdzie mieliśmy spotkać się z mieszkańcami wioski.

Gdy tylko wyszliśmy na zewnątrz, usłyszeliśmy dźwięk trąby. To sygnał nadawany przez wojownika, którego zadaniem było wypatrywać niebezpieczeństwa. W chwilę później zobaczyliśmy biegnącego ku nam Maorysa, przyodzianego jedynie w przepaskę biodrową. W jednej ręce trzymał gałązkę palmy, a w drugiej włócznię. Za nim ustawili się inni wojownicy gotowi w każdym momencie rzucić się do walki. Wojownik położył przed naszym reprezentantem gałązkę, cofnął się dwa kroki i zaczął wymachiwać włócznią i groźnie pokrzykiwać. Teraz ruch należał do nas. Starszy naszej grupy musiał podnieść gałązkę prawą ręką (podniesienie lewą oznaczałoby zniewagę). Kiedy gałązka została podjęta, wojownik wycofał się, wpuszczając nas do wioski. Następnie z pobliskiego domu wyszły dziewczyny i powitały nas śpiewem. Kiedy skończyły śpiewać, nasz reprezentant wytłumaczył zebranym, dlaczego zakłócamy spokój i po co się w wiosce pojawiliśmy. Następnie musieliśmy zaśpiewać pieśń, która stanowiła jakby dowód naszych dobrych zamiarów. Po tej wymianie uprzejmości wojownicy rozeszli się, a nasz gospodarz zaczął opowiadać o miejscu, w którym się znajdowaliśmy. Opowiedział jak powstały Tarasy Wairakei. Jak musieli walczyć z elektrownią o wodę, która zasilała zbiorniki i gejzery znajdujące się na tych polach. Szliśmy przed siebie słuchając opowiadania Theo. Wszystkich nas zaskoczył dogłębną i niezwykle szczegółową znajomością kultury swoich przodków.

day7_3

Przeszliśmy do ciekawie zaaranżowanej wioski. Stało tam kilka domków, w których zajęli miejsca młodzi mieszkańcy, którzy kilkanaście minut wcześniej powitali nas śpiewem. Mogliśmy obejrzeć ich podczas codziennych zajęć. Jedni rzeźbili w drewnie, inni z zapamiętaniem oddawali się sztuce tatuażu, a dziewczęta wyplatały maty oraz pokazywały tradycyjne zabawy.

Niektórzy zainteresowali się, dlaczego większość rzeźbionych twarzy ma wywalone na wierzch języki. Theo opowiedział, że mowa spełniała bardzo ważną funkcję w społeczności maoryskiej. Każdy konflikt próbowano rozwiązać pokojowo podczas spotkań starszyzny. Każdy wojownik, a także kobieta, mieli prawo przedstawić swoje racje i oczekiwać bezstronnego rozpatrzenia sprawy przez radę starszych. Maorysi nie znali pisma. Znali jednak sztukę rzeźby. Rzeźbione postaci przedstawiali zawsze z wysuniętymi językami. Prawdomównych przedstawiano z językami prostymi. Elokwentnych - z wielkimi. Kłamców i krzywoprzysięzców z językami pokrzywionymi.

Szczególną ciekawość wzbudził pokaz tatuażu. Dokonywało się go poprzez natarcie skóry mieszaniną sadzy, tłuszczu oraz wyciągów z roślin, które stanowiły utrwalacz. Następnie tak naniesioną maź wprowadzano pod skórę z pomocą ostrego szpikulca, rybiej ości czy w ogóle ostro zakończonej kości zwierząt, rytmicznie poklepując te narzędzia drewnianym pobijakiem. Proces tatuażu był procesem długotrwałym i niezwykle bolesnym. Na taki tatuaż trzeba sobie było zasłużyć. Otrzymywało się go za pełnienie funkcji społecznych, szczególną odwagę, czy inne zasługi. Mężczyźni mogli tatuować sobie całe ciała (głównie twarze, ramiona i uda). Kobietom przysługiwało jedynie prawo tatuowania okolicy ust.

day7_6

Theo opowiedział, że obecnie młodzi Maorysi zaczynają powracać do tradycji tatuażu. Coraz częściej można spotkać młodych ludzi przyozdobionych tymi specyficznymi tatuażami. Również nasi młodzi gospodarze bardzo poważnie traktują tę tradycję. Systematycznie tatuują sobie kolejne elementy obrazka, jako nagrodę za różne osiągnięcia.

Kiedy zaspokoiliśmy już ciekawość, a Theo odpowiedział na wszystkie zadane przez nas pytania, dobiegł nas z oddali śpiew. Było to tradycyjne wezwanie na posiłek. Jak się okazało, czekał nas poczęstunek składający się z przysmaków kuchni maoryskiej: różne warzywa, w tym słodkie ziemniaki, wieprzowina oraz masa owoców. Jak zostaliśmy poinformowani, nikt kto został zaproszony do wioski, nie mógł opuścić jej głodny. Podczas gdy my oddawaliśmy się przyjemnościom jedzenia, nasi gospodarze bawili nas śpiewem i tradycyjnymi tańcami, a wszystko to przy akompaniamencie gitary.

W końcu miała pojawić się główna atrakcja dzisiejszego wieczoru - Taniec Haka! Od kiedy wjechaliśmy do Nowej Zelandii, marzyło mi się obejrzeć prawdziwą hakę wykonaną przez prawdziwego Maorysa. Oto pojawiła się taka możliwość!

day7_7

Jak opowiedział nam Theo, taniec ten był wykonywany zawsze przed walką. Tańczono go w celu zaprezentowania przeciwnikowi swojej siły i kondycji. Wojownicy prężyli mięśnie, pokazywali pięści i robili straszliwe miny. Sam tekst pieśni wojowników jest również drastyczny. W szczegółach opowiada o tym, co spotka przegranych. Mówi o łamaniu kości, patroszeniu, zdzieraniu skóry i innych potwornościach, których doświadczą pokonani. Podobno słabsi wojownicy wiele razy umykali przed walką, a tym samym przeciwne plemię, dzięki temu makabrycznemu tańcowi osiągało zamierzony efekt: wrogowie stwierdzali, że wszak lepiej wziąć nogi za pas, niźli nieć do czynienia z tą zgrają szaleńców. Obecnie hakę wykonuje się sporadycznie. Stanowi jedynie nawiązanie do lokalnego folkloru. Czasami jest wykonywana jako znak protestu przeciwko decyzjom Rządu Nowej Zelandii, która nie podoba się tubylcom. Taniec wykonują również nowozelandzcy zawodowi gracze rugby przed każdym meczem.

Po tym wstępie wojownicy i wojowniczki przystąpili do tańca. Powiem tyle, że choć aparat miałem przygotowany i nastawiałem się na serię fotografii, zapomniałem w ogóle go włączyć. Patrzyłem na ten popis jak zahipnotyzowany. Co chwilę przebiegały mi po plecach rzędy mrówek podkutych lodowymi podkowami. To co zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwanie. Szanowny czytelniku, jeśli kiedykolwiek będziesz miał możliwość odwiedzenia Taupo, to nie zapomnij odwiedzić Wairakei Taraces i weź udział w tym przedstawieniu! Emocje gwarantowane.

Po tańcu wojownicy niemalże padli na podłogę. Pot lał się z nich strumieniami. A my nie mogliśmy przestać im klaskać. To było wspaniałe!

Kiedy już ochłonęli, pozwolili sobie zrobić kilka zdjęć. Pozowali chętnie i równie chętnie odpowiadali na wszelkie pytania. Dopiero teraz mieliśmy możliwość spojrzeć na zegarek. Byliśmy tu bite cztery godziny! Cztery godziny zatopieni w nowozelandzkim buszu, sam na sam z maoryską kulturą. To co przedstawili dla nas ci młodzi ludzie było naprawdę czymś wielkim. Czymś, co pozostaje w człowieku na bardzo długo. Jestem im wdzięczny za ten wieczór z całego serca.

Część szósta... Część ósma...

 


Mapka podróży - część siódma.

NewZealand