Nowa Zelandia 2008 - Wyspa Północna
16-02-2008, Melbourne
Niewyspani.
Wstaliśmy rano zmęczeni. Jak się okazało, cicha okolica zamienia się po zapadnięciu zmroku w miejsce iście piekielne. Na drogę wyjeżdżają wówczas ciężarówki i pędzą w szalonej gonitwie jedna za drugą, nie szczędząc porykiwania na siebie wzajemnie jerychońskimi trąbami klaksonów.
Nasza mało luksusowa "wylęgarnia szczurów", mając za sąsiedztwo cudowne jezioro z jednej strony, graniczyła płotem z główną arterią miasta z drugiej. Spaliśmy zupełnie jak w rowie. Trudno, doprawdy bardzo trudno, było zasnąć i wielokrotnie budził nas w nocy huk pędzących kolosów oraz ryk klaksonów co bardziej złośliwych kierowców. Nie dane nam było wyspać się w tym miejscu.
Zwlekliśmy się z łóżek wcześniej niż zamierzaliśmy. Zmęczeni i niewyspani. Niby szaleństwo za płotem już się skończyło, ale jakoś nie mieliśmy ochoty się wylegiwać. W planach mieliśmy dzisiaj dłuższą podróż. Planowaliśmy bowiem udać się do jednego z bardziej atrakcyjnych zakątków tej części wyspy - jaskiń Waitamo. Szybkie śniadanie i gorąca kawa przywróciły nam jako taki humor.
Podróż upłynęła spokojnie i bez większych atrakcji. Widoki rozpościerające się za oknem w niczym nie przypominały cudownych zieloności okolic Waiotemaramy. Jechaliśmy wśród pastwisk, pustkowi oraz geometrycznych lasów. Nic ciekawego.
Na miejsce dotarliśmy przed południem. Zatrzymaliśmy się na parkingu i udaliśmy się do informacji turystycznej. Okazało się, że sprzedaje się tutaj również bilety do jaskiń, a o to najbardziej nam chodziło. Przejrzeliśmy cennik. Jak się okazało, jaskinie oferują wiele najróżniejszych atrakcji. Od zwykłego zwiedzania z przewodnikiem, przez spływy podziemnymi rzekami, aż po nocne wyprawy speleologiczne. Z pewnością skorzystalibyśmy z jakiejś specjalnej oferty, ale ceny tych atrakcji wprawiły nas w osłupienie.
Nauczeni australijskim doświadczeniem, liczyliśmy na jakieś upusty cenowe dla rodzin. Taka forma zniżek jest bardzo popularna w kraju, z którego przyjechaliśmy. Niejednokrotnie cena biletu maleje drastycznie, w przypadku gdy z danej atrakcji zamierzają skorzystać również dzieciaki. Ku naszemu szczeremu zdziwieniu, pani poinformowała nas, że niestety, nie możemy liczyć na nijakie zniżki. Kupiliśmy zatem bilety na zwiedzanie z przewodnikiem, rezygnując z taplania się rwących strumieniach podziemnych rzek. Cóż, szkoda.
Pierwszą atrakcją miała być najsłynniejsza jaskinia Waitamo - Glowworm Cave (jaskinia świecących robali). Udaliśmy się tam niezwłocznie, gdyż jak się okazało, do wejścia mieliśmy niecałe 10 minut.
Uzbrojeni w aparaty fotograficzne stawiliśmy się przed wejściem do groty. Po chwili dołączył do nas przewodnik i pierwszymi słowami jakie padły z jego ust były: "W jaskini obowiązuje całkowity zakaz fotografowania. Ci, którzy nie zastosują się do tego wymogu, zostaną ukarani stosowną grzywną." No nie... Nie dość, że nie możemy skorzystać z jakichkolwiek zniżek, to jeszcze nie mogę zrobić choćby jednego zdjęcia? "Czy bez flesza można robić zdjęcia?" - zapytał ktoś rezolutnie. Niestety, nie można było. Cóż nam pozostało, jak dostosować się do wymogów? Poskładałem aparat, złożyłem statyw i weszliśmy do środka.
Świecące robale.
Wewnątrz zrozumiałem dlaczego tak bardzo pilnują, żeby nie fotografować. Jaskinia, w której byliśmy jest jedną z nielicznych jaskiń stanowiących naturalne środowisko życia świecącego robala. Robal nazywa się Glowworm (Arachnocampa Luminosa) i tak naprawdę nie jest robalem, choć do złudzenia takowego przypomina. Jest owadem, który większość swojego życia spędza w postaci drapieżnej larwy. Jego cykl rozwojowy jest prawdziwie interesujący. Larwa wykluwa się z jaj, których inkubacja trwa 20 dni. Początkowo larwa ma około 3 milimetrów długości, ale przez około 10-12 miesięcy rośnie do 3-4 centymetrów. Larwa buduje sobie gniazdo posługując się w tym celu jedwabnymi nitkami. Kiedy gniazdo jest gotowe, przystępuje do łowów. Przędzie około siedemdziesięciu 30-40 centymetrowych nitek, które przyczepia do sklepienia wokół swojego gniazda i spuszcza w dół. Na nitkach bardzo szybko osadza się wilgoć i zaczynają rosnąć na nich grzyby, które w połączeniu z wydzielinami larwy stają się niezwykle lepkie. Kiedy system wędek zostanie wybudowany, larwa posługując się efektem bioluminescencji zapala światełko na końcu swojego odwłoku, by wabić owady. Kiedy nieostrożny owad wiedziony światłem larwy przyklei się do nitki, larwa natychmiast zaczyna wciągać ją do góry. Ciągnie szybko - około dwóch milimetrów na sekundę. Kiedy ofiara zostanie zjedzona, wędka znów wędruje w dół.
Po około dziewięciu miesiącach larwa przystępuje do budowy kokonu i podwieszając się pod sklepieniem jaskini przyjmuje formę poczwarki. Poczwarki samic świecą coraz intensywniej, informując samców o swojej obecności. Chodzi o to, aby partner już czekał kiedy dorosła forma owada opuści stadium poczwarki. Dorosły owad pozbawiony jest układu pokarmowego i jego jedynym zadaniem jest znaleźć partnera i złożyć jaja. Świecenie kokona samicy jest niezwykle pomocne. W stadium dojrzałym robale żyją jedynie przez kilka dni i giną z głodu. Zanim to nastąpi złożą około 90-130 jaj i cykl rozwojowy zatoczy pełne koło.
Staliśmy pod sklepieniem, z którego zwisały tysiące jedwabnych niteczek pokrytych rosą i z rozdziawionymi gębami słuchaliśmy tej niezwykłej opowieści, którą roztaczał przewodnik. Szczerze żałowałem, że nie pozwolono mi zrobić choćby jednego zdjęcia, bo widok najdziwniejszych "firanek" jakie w życiu oglądałem był iście bajkowy.
Niebiańskie sklepienie.
Następnie doszliśmy do podziemnego jeziora, na którym kołysała się sporych rozmiarów łódka. Wsiedliśmy do niej, i kiedy wszyscy już usadowili się wygodnie, przewodnik zgasił światło. Otoczyły nas satynowe ciemności. Nie byłem w stanie dostrzec niczego. Wrażenie, jakby ktoś wylał czarny atrament. Docierał do nas jedynie spokojny głos przewodnika, który powiedział nam, że siedzimy w tych ciemnościach, aby wzrok się do nich przystosował. Za chwilę bowiem podpłyniemy do miejsca, które świecące robale upatrzyły sobie na miejsce łowów. Po chwili poczuliśmy, że łódź ruszyła z miejsca. Przewodnik przeciągał nas systemem korytarzy do miejsca, o którym wspominał przed momentem. W chwilę później czas się zatrzymał...
Znaleźliśmy się w przestronnej grocie, na której sklepieniu rozświetliło się rozgwieżdżone niebo. Setki, tysiące błyszczących gwiazd-punkcików. Jedne świeciły na niebiesko, a inne na zielonkawo. Gdziekolwiek odwróciłem głowę, wydziałem błyszczące plamki. W niektórych miejscach więcej, w innych mniej. Mój mózg usiłował doszukać się jakiejś regularności w tym fosforyzującym chaosie. Punkciki układały się w cudowne rozety przywołując na myśl zdobione sklepienia w świątyniach, to znów wydawały się być kolorowymi witrażami. Ściany żyły, ruszały się. Jedne punkciki gasły, inne się zapalały. Podejrzewam, że inni podobnie jak ja wstrzymywali oddech z wrażenia. Trwało to wieczność. Łódka kołysała się delikatnie przeciągana przez przewodnika to w jedno, to w drugie miejsce. Nic nie mówił - nie było takiej potrzeby. Ponad nami przestrzeń grała nieznaną dotąd symfonię.
W końcu poczuliśmy mocniejsze szarpnięcie. Łódka popłynęła korytarzami, pokazując nam coraz to inne widoki, aż w końcu zaczęło docierać coraz więcej światła, które rozproszyło cienie. Wypłynęliśmy na zewnątrz i stanęliśmy na brzegu podziemnego jeziora, które w tym miejscu wcinało się w skryty w cieniach las. Sporo czasu minęło, zanim udało mi się wrócić na ziemię i z powrotem zanurzyć w rzeczywistości. Słyszałem jak moje córki opowiadały coś sobie półgłosem. Z intonacji wywnioskowałem, że są bardzo podniecone tym co przed chwilą zobaczyły.
Okazało się, że spędziliśmy w tej grocie około godziny. Zupełnie nie wiem gdzie podział się ten czas. W moim odczuciu było to zaledwie kilka minut. No może kilkanaście. Nie było jednak czasu na roztrząsanie tej kwestii. Trzeba było udać się na przystanek, skąd za kilkanaście minut miał nas zabrać mikrobus, by zawieźć nas do kolejnej jaskini.
Ruakuri Cave - psia jaskinia
Psia pieczara, bo właśnie tak przekłada się maoryska nazwa tej jaskini, została odkryta przez okoliczną ludność 500-600 lat temu. Swoją niezbyt szlachetną nazwę zawdzięcza sforze dzikich psów, które wybrały wejście jaskini na swoje legowisko. Odkryto ją, kiedy jeden z wojowników zauważył, że dziki pies porwał pasącą się owcę i powlókł ją w leśne ostępy. Wojownik ruszył za nim i w ten sposób odkrył jaskinię.
Ruakuri Cave to najdłuższa jaskinia w Nowej Zelandii. Zwiedzanie zaczyna się od zejścia wielopiętrową, spiralną konstrukcją, która doprowadza nas do właściwego wejścia znajdującego się kilkanaście metrów pod powierzchnią ziemi. Tu rozpoczyna się spacer przez sieć ponad półtora kilometrowych korytarzy. To właśnie ta jaskinia została przystosowana do zwiedzania jej przy wykorzystaniu podziemnych rzek i kanałów. Nie jeden raz zdarzyło się, iż w czasie gdy nasza grupa podziwiała wspaniałą szatę naciekową jaskini, inna grupa ubrana w specjalne stroje i wyposażona w kaski, przeciskała się kilka metrów niżej przez zalaną wodą sztolnię. Wierzę, że świetnie się bawili, choć z naszej, suchej perspektywy, wyglądali na zmęczonych walką z podziemnym żywiołem.
Nasza grupa miała szczęście być oprowadzana przez człowieka, który brał czynny udział w przygotowywaniu jaskini dla turystów. Z wykształcenia był geologiem-speleologiem i wielokrotnie prowadził nas w miejsca, które nie są dostępne dla ogółu, by pokazać nam jakąś ciekawostkę. Widać było, że jest bardzo dumny z faktu, że tak dobrze zna różne zakamarki jaskini. Wielokrotnie zwracał uwagę na ogrom pracy, jaką trzeba było włożyć, aby umożliwić zwiedzanie tej, czy innej komnaty. Doprawdy, przyjemnie było słuchać kogoś, kto jest tak zaangażowany emocjonalnie w to o czym opowiada.
Nie protestował również przeciwko fotografowaniu. Mało tego! Wielokrotnie zachęcał mnie, żeby dany fragment sfotografować z różnych miejsc i pod różnymi kątami. Pozwalał mi również dłużej zostawać w interesującej mnie komnacie i poczekać, aż grupa przejdzie do następnej, abym mógł sfotografować to co chciałem, bez ludzi plątających się na pierwszym planie. Większość zdjęć występujących w tej części reportażu pochodzi właśnie z Ruakuri Cave.
Aranui Cave
Ostatnią jaskinią jaka mieliśmy w planie zwiedzić była Aranui Cave. Nazwa pochodzi od nazwiska maoryskiego odkrywcy tej jaskini. Aranui odkrył ją w 1910 roku. Ta najmniejsza z trzech jaskiń cechuje się najdelikatniejszą szatą naciekową spośród pozostałych. Nie przepływa przez nią żadna podziemna rzeka, co sprawia, że wilgotność w jej wnętrzu jest znacznie niższa. Z tego głównie powodu szata bardzo różni się od pozostałych. Jest znacznie jaśniejsza w kolorze i jakby subtelniejsza.
Przewodnik, który nas oprowadzał, stanowił zaprzeczenie poprzedniego. Był młodym mężczyzną maoryskiego pochodzenia i sprawiał wrażenie znudzonego swoją pracą złośliwca. Niby pozwolił wykonać kilka zdjęć, ale zdecydowanie zabronił używać statywów! Na pytania o przyczynę takiego zakazu zacząć coś mataczyć o pracach remontowych i zaleceniach właścicieli jaskini. Niczym pies pasterski pilnował aby nikt się nie oddalił od grupy, nie został w tyle, albo nie wyrwał się za bardzo do przodu. Z zegarkiem w ręku odmierzał nam czas na podziwianie podziemnych pieczar i złośliwie gasił światło, żeby zmusić nas do przejścia dalej.
Jak można się tego spodziewać, zdjęcia robione w takich warunkach nie miały prawa wyjść. Ci, którzy cokolwiek wiedzą o fotografii, zdają sobie sprawę, że pstrykanie z użyciem flesza odziera obraz z głębi, spłaszcza przestrzeń i czyni zdjęcie pozbawionym wyrazu. Natomiast niemożność skorzystania ze statywu w tak wątłym oświetleniu sprawia, że każde zdjęcie będzie poruszone i nieostre. I to bez względu na czułość użytego filmu.
Doprawdy bardzo żałuję, że nie mogę podzielić się z tobą, Szanowny Czytelniku, widokami, które dane mi było oglądać w tej jaskini. Uważam bowiem, że jest to perełka wśród jaskiń Waitamo. Szata naciekowa tej jaskini jest bardzo różnorodna i raz przypomina stalagmitowe lody waniliowe, to znów sieć stalaktytów do złudzenia przypominających rybackie sieci, tudzież rozwieszone firany.
Wyszliśmy z tej jaskini lekko zawiedzeni. Podejrzewam, że nie tylko nasza piątka, ale większość ciągle poganianych turystów. Niektórzy nie szczędzili naszemu młodemu przewodnikowi wymówek, które ten kwitował drwiącym uśmieszkiem.
Zgodnie z planami na dzisiejszy dzień, w tym miejscu miał nastąpić koniec atrakcji i mieliśmy udać się w drogę powrotną do domu. Zatrzymaliśmy się na chwilę w przydrożnym barze, celem zjedzenia czegoś po całym dniu zwiedzania, oraz aby jeszcze raz przejrzeć mapę w poszukiwaniu ewentualnych atrakcji, którymi moglibyśmy zażegnać nieprzyjemny posmak, jaki pozostawił po sobie ostatni przewodnik.
Ania znalazła wodospad. Wodospady, to po jaskiniach najbardziej fascynujące mnie twory przyrody. Pomimo zmęczenia uznaliśmy, że warto podjechać tych kilka kilometrów i obejrzeć kaskadę.
Marokopa Falls
Z mapy wynikało, że do wodospadu nie powinno być dalej niż osiem, no góra jedenaście kilometrów. Jednak kiedy przejechaliśmy prawie dwadzieścia i nadal nic nie wskazywało, że zbliżamy się do celu, zagadnęliśmy pracujących przy drodze robotników, czy aby w dobrą stronę jedziemy. Potężna Maoryska, dzierżąca w rękach znak STOP, z uśmiechem powiedziała, że do wodospadu jest jeszcze dobre piętnaście kilometrów, ale jedziemy we właściwym kierunku. Pokazaliśmy jej mapę, a ona śmiejąc się powiedziała, że lokalizacja wodospadu jest źle zaznaczona. No trudno, skoro przejechaliśmy już połowę drogi, to uznaliśmy za słuszne podjechać jeszcze trochę.
W kilkanaście minut później zatrzymaliśmy się na niewielkim, pustym parkingu obok którego widniała informacja, że do Marokopa Falls należy iść 10 minut. Poszliśmy. Istotnie - po dziesięciu minutach stanęliśmy na stoku pagórka, z którego rozciągał się widok na odległy wodospad. Ale cóż to był za wodospad! 36 metrów spadającej wody! Huk, niczym startujący odrzutowiec! Istne cudo natury.
Postanowiliśmy zostać tu dłuższą chwilę. Wraz z Wujem oddałem się fotograficznej pasji, Ania odpoczywała leżąc nieopodal na trawie, a dziewczynki zeszły na dół, by obejrzeć kaskadę z bliska. Nie doszły zbyt daleko i wróciły biegiem całe mokre. Spieniona woda pryskała, bowiem, na dobre kilkadziesiąt metrów i nie mogły podejść bliżej.
Po chwili zaczął padać deszcz i zmusił nas do szybkiego powrotu do samochodu. Z prawdziwą radością oddałem Wujowi kierownicę. Jak to dobrze, że nie na mnie wypadła kolej prowadzenia samochodu z powrotem. Wszyscy byliśmy zmęczeni całodziennym łażeniem po chodnikach jaskiń. Choć bardzo rzadko mi się to zdarza, ale tym razem przysnąłem w powrotnej drodze.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce było już ciemno. Szybki prysznic i już leżeliśmy w łóżkach.
Część piąta... Część siódma...
Mapka podróży - część szósta.
