Nowa Zelandia 2008 - Wyspa Północna
27-05-2008, Melbourne
Słodkie nieróbstwo.
Pobyt w Waiotemaramie, czyli pierwszy tydzień naszego urlopu, przeznaczyliśmy na wypoczynek po całorocznym okresie pracy. Nie planowaliśmy na ten okres większych atrakcji. Zgodnie z dewizą "coś dla ciała, coś dla ducha", pobyt ten miał dostarczyć atrakcji głównie naszej cielesności. Innymi słowy "dolce far niente". Czas miał upływać nam na długich wieczornych spacerach po plaży, włóczeniu się po okolicznych lasach oraz konsumpcji wspaniałego nowozelandzkiego wina. Ten region kraju słynie bowiem z wyśmienitego "Pinot Gris" i nie mogliśmy sobie odmówić takiej gratce.
W pierwszym dniu pobytu wśród lasów wybraliśmy się na krótki spacer wzdłuż rzeczki, która płynęła nieopodal naszego miejsca zakwaterowania. Jeśli wierzyć wpisom w księdze gości, która leżała na kominku, po kilkunastominutowej wspinaczce, powinniśmy znaleźć się w przeuroczym miejscu, którego główną atrakcję stanowić miał niemniej uroczy wodospad. Postanowiliśmy sprawdzić prawdomówność poprzednich gości.
Droga biegnąca wzdłuż rzeki przez dłuższy czas wiła się wśród drzew, by po chwili zacząć się wznosić całkiem konkretną stromizną. Po kilkunastominutowej wspinaczce, stanęliśmy u podnóża wodospadu. Muszę przyznać, że takie ukryte w leśnej głębinie urokliwe kaskady podobają mi się w sposób szczególny. Za każdym razem, kiedy widzę delikatną mgiełkę oświetloną sączącym się spomiędzy liści światłem popołudniowego słońca, mam wrażenie, że w tym obrazie jest coś magicznego. Coś, jakbym znalazł się po drugiej stronie muru kryjącego zaczarowany ogród.
Pozwoliłem tu sobie zostać tu na dłuższy popas i skorzystać ze sprzętu fotograficznego, który w pocie czoła wtaszczyłem na górę. W końcu udało mi się zaspokoić potrzebę fotografowania i mogliśmy ruszyć dalej. Droga wznosiła się ciągle, wiodąc niechybnie na szczyt jednej z wielu górek, w jakie obfituje ta okolica.
My jednak zdecydowaliśmy zawrócić. Rozsądek nakazywał udać się na przymusową przejażdżkę do najbliższego miasteczka, głównie w celu dokonania niezbędnych zakupów.
Tak trafiliśmy do niewielkiego miasteczka o wdzięcznej nazwie Opononi, oddalonego o około 15 km od Waiotemaramy. Morze Tasmana wcina się w tym miejscu na wiele kilometrów wgłąb lądu, tworząc ogromne rozlewisko zwane inletem. Opononi rozciąga się na południowym jego brzegu. Jak można dowiedzieć się z lektury przewodników, miejsce to stanowi ciekawą bazę turystyczną dla ludzi szukających ucieczki przed zgiełkiem wielkich miast. Nie znajdziemy tu rozwrzeszczanej dyskoteki, ani nocnych klubów. Jedyne atrakcje na jakie można liczyć, to możliwość popływania łodzią po rozlewisku, przyłączenie się do rybaków wypływających na codzienny połów, a przede wszystkim konsumpcja smażonej ryby świeżo wyjętej z wody.
Kiedy wjeżdżaliśmy do miasteczka od strony Waiotemaramy, ulica wznosiła się, wijąc się wśród gór. Gdy tylko góry się skończyły, rozpostarł się przed nami widok tak zachwycający, że natychmiast nacisnąłem na pedał hamulca, abyśmy mogli w skupieniu obejrzeć te cuda. Skrzący się odbitym od tafli wody słońcem inlet o szerokości kilku kilometrów, otoczony zewsząd górami, z których część stanowią piaszczyste diuny, to widok niezapomniany. Chwilę trwało, zanim zdążyliśmy ochłonąć i domknąć półotwarte z wrażenia usta.
Na ten dzień nie planowaliśmy już dalszych atrakcji. Po dokonaniu koniecznych zakupów żywnościowych wróciliśmy do domu i pozwoliliśmy reszcie dnia przeminąć. Siedząc na werandzie, obserwowaliśmy jak słońce powoli kryło się za górami. Żegnaliśmy je wznosząc w górę kieliszki pełne wina pochodzącego z lokalnych winnic Villa Maria.
Dodam jeszcze, że w czasie, gdy dorośli podnosili sobie zawartość alkoholu we krwi, dziewczynki oddawały się misji ratowania ogromnych much zamkniętych przez złego czarownika w wielkich drewnianych pudłach. Jak się bowiem okazało, Stella podczas naszej nieobecności podrzuciła im PlayStation, żeby się nie nudziły wieczorami. Nie nudziły się.
Część pierwsza... Część trzecia...
Mapka podróży - część druga.
