Nowa Zelandia 2008 - Wyspa Północna

28-04-2008, Melbourne

Nowa Zelandia 2008 - Wyspa Północna

Wyprawa do Nowej Zelandii stała się naszą obsesją kilka lat temu. Dość dawno zajęła jedną z wysokich pozycji na naszej liście "10 krajów, które musisz zobaczyć zanim umrzesz". Od dłuższego czasu zbieraliśmy wszelkie materiały, jakie wpadały nam w ręce, które choćby częściowo dotyczyły dwóch niewielkich wysp po wschodniej stronie Tasmańskiego Morza. Na półkach z książkami zaczęły zalegać przewodniki, mapki, plany miast oraz różnego rodzaju broszurki zachwalające przeróżne nowozelandzkie atrakcje. Kiedy w końcu rodzinne finanse pozwoliły dostrzec powoli rysujące się kontury przygody, przystąpiliśmy do kolejnej fazy planowania wyprawy.

Wśród Australijczyków panuje opinia, jakoby Wyspa Południowa była nieporównywalnie piękniejsza od swojej Północnej siostry. Przekonanie to podzielają również nasi znajomi, którzy Nową Zelandię upatrzyli sobie na miejsce, gdzie mogą oddawać się "białemu szaleństwu". Północna wyspa uchodzi za miejsce odludne, wypełnione kopcami wulkanów oraz śmierdzące zgniłymi jajami.

"Świetnie!" - pomyśleliśmy od razu. Wszak jazda na nartach to nie jest aktywność, której oddawałoby się z zapamiętaniem którekolwiek z nas, a wulkanów nie mieliśmy jeszcze okazji oglądać.
Prawdopodobnie po lekturze poprzednich relacji, zdążyłeś się już, drogi Czytelniku, zorientować, że gustujemy raczej w miejscach, od których stroni większość turystów. Sprawia nam szatańską wprost radość bywać tam, gdzie trudno jest spotkać autokary wiozące tłumy ludzi. Tym sposobem zapadła decyzja, że w pierwszej kolejności ruszymy na Północną Wyspę Nowej Zelandii.

day1_1

Wiedząc już, w które rejony zaniosą nas wiatry, zaczęliśmy przeczesywać Internet w poszukiwaniu lokum, gdzie moglibyśmy zamieszkać. Z doświadczenia wyniesionego z poprzednich wyjazdów, uznaliśmy że najlepszym dla nas rozwiązaniem będą noclegi typu B&B (Bed and Breakfast, czyli oprócz miejsca do spania podejmujące gości również śniadaniem). Biorąc pod uwagę, iż w planach mieliśmy siedemnastodniowy pobyt, a wyspa jest raczej duża, postanowiliśmy poszukać kilku takich obiektów ulokowanych w dogodnych miejscach. W ten sposób mogliśmy zbudować dogodną bazę wypadową.

W kilka dni udało mi się znaleźć dwie ciekawe oferty oraz zarezerwować interesujące nas terminy. W krótkim czasie staliśmy się również szczęśliwymi posiadaczami biletów lotniczych. Pozostało jeszcze wyrobić australijskie paszporty dla całej rodziny. Tym ostatnim nie przejmowaliśmy się wcale. Te, jakże ważne dokumenty wyrabia się w Australii w przeciągu 10 dni, składając pakiet formularzy w okienku urzędu pocztowego.

day1_2

Czas dzielący nas od wyjazdu upływał nam bardzo powoli. Sterta map i przewodników jeszcze zwiększyła swoją objętość, a moje córki nie mogły się już doczekać. W regularnych odstępach czasu zliczały swoje kieszonkowe, które w całości przeznaczyły na wakacje.

W międzyczasie poznaliśmy nowego znajomego, z którym szczerze się zaprzyjaźniliśmy. W trakcie jednej z wielu rozmów okazało się, że Nowa Zelandia to jedno z marzeń Wuja (tak został przez nas ochrzczony). Kiedy dowiedział się, że za kilka miesięcy właśnie tam się wybieramy, nie trzeba go było długo namawiać, żeby dołączył do naszej grupki. W kilka dni później trzymał w dłoni bilety na ten sam lot oraz potwierdzenie z zarezerwowanych domków, iż nie będzie musiał spać na podłodze. Teraz pozostało już tylko czekać.

Mamo! Tu jest jak w bajce.

Pierwszego lutego o godzinie siedemnastej czasu nowozelandzkiego, po dwóch godzinach i pięćdziesięciu minutach lotu, stanęliśmy na płycie międzynarodowego terminalu lotniska w Auckland. Po krótkiej i niezwykle sprawnej odprawie paszportowo-bagażowej pospieszyliśmy na parking. Wynajęty samochód czekał na nas w umówionym miejscu. Do przejechania mieliśmy 270 km.

day1_3

Na szczęście w Nowej Zelandii obowiązuje, tak jak w Australii, ruch lewostronny, więc nie mieliśmy większych problemów z przystosowaniem się do ruchu drogowego. Po kilkudziesięciu kilometrach Auckland zostało z tyłu, a my zaczęliśmy się zbliżać do górskiego łańcucha, który coraz wyraźniej rysował się przed nami na tle zachodzącego słońca.

W kilka minut później przez samochód przeszło pierwsze westchnienie zachwytu. Mieszkając w Australii zdążyliśmy się już przyzwyczaić do wypalonych słońcem traw, do suchego i jednolitego pod względem roślinności buszu. Do krajobrazu, gdzie dominującymi drzewami są wszelkiej możliwej maści eukaliptusy. Teraz znaleźliśmy się w lesie. Lesie tak intensywnie zielonym najsoczystszą zielonością, że aż nie można było uwierzyć własnym oczom. Jechaliśmy przez krainę cudownych dywanów utkanych z trawy tak gęstej, że chciało się zatrzymać i wytarzać w niej zapamiętale. Mknęliśmy przez obszar porośnięty lasami, jakich nie sposób spotkać nawet w Europie. Otaczały nas wszelkiej odmiany drzewa liściaste, iglaste oraz najróżniejsze palmy. To bogactwo gatunków początkowo sprawiało wrażenie nieładu, ale po chwili stawał się on nieładem artystycznym. Nieładem, który właśnie tak ma wyglądać i przynależy temu miejscu tak bardzo, że nie sposób wyobrazić sobie, iż mógłby go zastąpić jakikolwiek porządek. Nawet dziewczynki, które przez większą część podróży skupione były na roztrząsaniu zalet ośmioosobowego samochodu oraz przekonywaniu nas, że zdecydowanie i bezdyskusyjnie powinniśmy taki właśnie samochód nabyć, teraz siedziały jak urzeczone. "Mamo! Tu jest jak w bajce!" - zauważyła Laura. Istotnie. Było jak w bajce.

day1_4

Po kilku godzinach dalszej jazdy zapadł zmrok. Widoki, które podziwialiśmy jeszcze przed chwilą, spowiła czerń szybko nadchodzącej nocy. Zalesione obszary zmieniły się w równiny pastwisk, od których odcinały się jedynie kwadratowe sylwetki krów. Gdzieniegdzie wyrosły samotne domostwa. Jechaliśmy teraz w zupełnej ciemności, oczekując - zgodnie z informacją odczytaną z mapy - charakterystycznego punktu: ogromnego lasu. Wkrótce też pojawił się na horyzoncie. Ostatnie czterdzieści kilometrów dzielące nas od pierwszego miejsca zamieszkania mieliśmy odbyć wśród ogromnych drzew kauri. Droga stała się tutaj tak kręta, że musieliśmy się poruszać ze średnią prędkością 35 km/h. Nieprzenikniona ciemność leśnej gęstwiny w połączeniu z krętą drogą, spowodowała, że sam zacząłem mienić się różnymi odcieniami zieleni na twarzy, choć choroba lokomocyjna jest mi zupełnie obca.

W końcu wyjechaliśmy z tego niekończącego się "stumilowego lasu" i dotarliśmy do Waiotemaramy, osiągając tym samym miejsce przeznaczenia. Dom, zgodnie z zapowiedzią właścicielki, stał na uboczu i byłby niezwykle trudny do odnalezienia, ale przezorna Stella oświetliła go wszystkimi możliwymi światłami, ułatwiając nam sprawę.

day1_5

W chwilę później okazało się, że "niewielki domek" (Little Cottage House) z ogłoszenia, to w rzeczywistości piętrowy dom z czterema sypialniami, ogromnym salonem, gigantyczną kuchnią i dwiema łazienkami, a na dodatek cały dla nas! Stella mieszka bowiem w niepozornym budynku obok.

Przydział sypialni odbył się przy wtórze pokrzykiwań rozentuzjazmowanych dziewczynek, które nie mogąc się zdecydować gdzie chcą spać, biegały to tu, to tam wypróbowując wszystkie dostępne łóżka. W końcu zdecydowały się na pokoik na poddaszu. Spodobał się im ze względu na ścięty sufit. Wuj zajął pokój przy łazience, a nam przypadła w udziale sypialnia małżeńska w drugim końcu korytarza, gdzie zmęczeni podróżą oraz syci zielonością lasu zasnęliśmy kamiennym snem.

Część druga...

 


Mapka podróży - część pierwsza.

NewZealand