Grampians National Park 2006

Sztuka aborygeńska i przerwana wyprawa w góry

Tej nocy spaliśmy wszyscy jak zabici. Nie przeszkadzały nam ani kukabury głoszące nastanie poranka, ani kangury, które biegały nieopodal. Obudził nas jednak dojmujący chłód, który pomimo wnikliwego zasznurowania namiotów wdarł się do środka. Pomimo faktu, że znowu marzyło nam się aby pospać dłużej, musieliśmy wyjść na zewnątrz i ubrać cieplejsze rzeczy.

Kiedy zaczęliśmy przygotowywać śniadanie okazało się, że nie jesteśmy sami. "Koza", to znaczy walabia czekała w pewnym oddaleniu i wnikliwie przyglądała się naszym poczynaniom. W dodatku i ona nie była sama - towarzyszył jej maluch! Najwidoczniej zwierzak uznał, że nie stanowimy zagrożenia i przyprowadziła nam swoje małe, żeby i ono uszczknęło co nieco z naszych zapasów.

Przezornie ostrzegłem dziewczynki, żeby nie denerwowały matki i zanadto nie zbliżały się do małego. Takie zabawy mogą okazać się niebezpieczne. Pomimo, że nasi goście są przyzwyczajeni do obecności turystów, to jednak nie należy zapominać, że są przedstawicielami dzikiego świata.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy obie moje panny ofuknęły mnie stwierdzając, że doskonale o tym wiedzą i nie zamierzają dotykać małego. Stan mojego zdziwienia wzrósł jeszcze bardziej, kiedy zobaczyłem malucha, który sam przyskakał do nas i całkiem nachalnie domagał się uwagi bardziej wzmożonej, niźli samo patrzenie. Nie muszę pewnie dodawać, że został poczęstowany całą resztą naszych orzeszków, które zaczął pałaszować w najlepsze.

W planach na dzisiejszy dzień mieliśmy wyjście w góry. Chcieliśmy zdobyć jedną z ciekawszych gór tej części Grampians - Hollow Mountain. Postanowiliśmy jednak zaczekać na resztę towarzystwa. Około dziesiątej zostaliśmy powiadomieni, że planowana godzina spotkania lekko się odwlecze z przyczyn niezależnych.

Skoro tak, to postanowiliśmy udać się na krótki spacer w stronę niedalekich formacji skalnych. Jeśli wierzyć tej namiastce przewodnika, w który zaopatrzyliśmy się po przyjeździe do Halls Gap, miały znajdować się tam malunki Aborygenów.

Nasuwa mi się w tym miejscu pewna dygresja, którą pozwolę sobie podzielić się z tobą, Szanowny Czytelniku. Otóż kiedy pierwszy raz, a było to kilka lat temu, pojechaliśmy obejrzeć aborygeńskie malowidła naskalne, spodziewaliśmy się ujrzeć dzieła przynajmniej po części przypominające prace twórców naiwnych. Coś może na kształt naszego Nikifora? Rysunki stylizowanych zwierząt, może ludzi? Co ciekawsze, podobnych wrażeń estetycznych spodziewa się znakomita większość odwiedzających Australię Europejczyków. Jakież było nasze zdumienie, kiedy zobaczyliśmy kilka blado-białych odcisków dłoni oraz tu i ówdzie maźnięte, jakby od niechcenia kreski. I to ma być słynna sztuka Aborygenów? Tak jest proszę państwa - oto ona!

Po kilkunastu minutach doszliśmy do bardzo intrygującej skały, gdzie po uważniejszym przyjrzeniu się, można było odszukać kilka białawych kropek, czy maźnięć. Tym razem zupełnie inaczej odebraliśmy utrwalony przed wiekami obraz. Zaryzykuję stwierdzenie, że wzbudził w nas nawet coś na kształt podziwu. Wszak wystawiony na kaprysy pogody przetrwał wiele dziesiątek lat w nienaruszonej formie. Dziewczynki prześcigały się w wyszukiwaniu kolejnych śladów bytności rdzennego mieszkańca Australii utrwalonego na kamiennej ścianie.

Trzeba jednak było wracać do obozowiska, gdzie według wszelkiego prawdopodobieństwa, powinni już na nas czekać znajomi.

Po krótkim powitaniu pojechaliśmy w kierunku dzisiejszego celu naszej wyprawy. Droga wiodąca w tamtą stronę przypominała narzędzie praczki minionej epoki. Mianem "tarki" swobodnie można określić większość dojazdowych dróg w Grampians.

Po chwili staliśmy u podnóża Hollow Mountain. Zarówno przewodniki, jak i nasi znajomi, namawiali nas gorąco na zdobycie tej góry. Podobno przypomina ona swoją wewnętrzną strukturą szwajcarski ser. Korzystając z systemu przesmyków i otworów pokonuje się kolejne metry dzielące wspinacza od szczytu.

Z niecierpliwością mijaliśmy kolejne, dość strome wzniesienia, aż dotarliśmy do niemalże pionowej skały. Zaimprowizowany szlak, na który składały się namalowane pomarańczowe równoramienne trójkąciki pokazujące kierunek marszruty skłaniał do głębszej refleksji przed ostateczną decyzją zdobycia góry. Zgodnie z pomarańczową sugestią, należało podjąć niebagatelną wprost wspinaczkę w górę. Nachylenie stoku, a także potężne głazy skutecznie wyeliminowały dzieci z dalszego spaceru. Kilku z nas wspięło się te kilkanaście metrów w górę, by zgodnie stwierdzić, że dalsza droga to narażanie dzieci na niebezpieczeństwo. Choć tak sympatycznie zapowiadała się ta wycieczka, musieliśmy zrezygnować i wrócić do obozowiska.

Dopiero w kilka dni później, po rozmowie z przyjaciółmi, którzy zdobyli swego czasu Hollow Mountain, okazało się, że szlak został zmieniony. Miast podążać na trójkącikami w prawo, należało ruszyć w lewo, by następnie zacząć zdobywać górę od drugiej strony - znacznie łagodniejszym szlakiem. Dlaczego zarząd parku uznał, że tamten łatwiejszy szlak ma pozostać nie oznakowany, pozostanie zagadką.

Kiedy nasza grupa usiłowała walczyć z górą, pogoda znów uznała za słuszne popsuć się. Niebo zasnuło się ołowianymi chmurami, a temperatura spadła bardzo drastycznie. Wszystko wskazywało, że jeśli nie chluśnie za moment deszczem, to na pewno zacznie padać śnieg.

Pokrzyżowało to nasze plany na zdobycie innej - znacznie łatwiejszej górki o uspokajającej nazwie Mount Zero. Wróciliśmy do obozowiska. Zjedliśmy obiad i zdecydowaliśmy pojechać spędzić wspólny wieczór w Halls Gap.

Wieczór przyniósł kolejne ochłodzenie. Zgodnie z namową przyjaciół, zostawiliśmy dziewczynki, aby przespały się w ogrzewanej kabinie, a sami wróciliśmy na pole namiotowe, gdzie ubrani w ciepłe koszule zasnęliśmy kamiennym snem.

Dzień drugi... Dzień czwarty...

 


Mapka podróży - dzień trzeci.
Grampians