Grampians National Park 2006

Mordercza noc i zaspany poranek.

Wbrew solennym obietnicom jakie daliśmy sobie poprzedniego wieczora, a dotyczących planów spania przynajmniej do godziny dziesiątej, wszystko wzięło w łeb za sprawą nocnego życia, jakie wiedzie australijski busz.

Najpierw długo nie mogliśmy zasnąć nasłuchując przechadzających się nieopodal kangurów. Następnie z niespokojnego snu wyrwał nas potworny rumor w przedsionku naszego namiotu. Ktoś tłukł się garami! Zanim nasza na pół uśpiona świadomość oswobodziła się z onirycznych okowów, uznaliśmy że zaspaliśmy straszliwie i to głodne dziewczynki przygotowują sobie coś do jedzenia. Jednak spojrzenie na zegarek szybko uświadomiło nam niedorzeczność takiej próby wytłumaczenia hałaśliwej rzeczywistości - była czwarta rano!

Niechętnie wygramoliłem się z ciepłego śpiwora i poszedłem sprawdzić, co też nas budzi o tak wczesnej porze. Okazało się, że to australijska sroka (magpie) dostała się do środka i właśnie stara się przyrządzić sobie poranny posiłek. Co prawda taki ptak zje niewiele, ale czy musi tak tłuc się garami? Chciałem go grzecznie wyprosić z naszej prowizorycznej kuchni, ale sam umknął jak tylko mnie zobaczył.

Wróciłem do sypialni i na nowo zakopałem się w śpiworze. Ledwie udało mi się odpłynąć w błogi niebyt, gdy znowu obudził mnie jakiś rumor w przedsionku. Tym razem jego źródłem okazał się niezbyt rosły kangur, który koniecznie chciał dobrać się do naszych zapasów. Wyprosiłem go grzecznie, aczkolwiek stanowczo.

Pomyślałem, że dam sobie jeszcze jedną szansę złapania kilku godzin snu. Marzenia te rozwiały się już po chwili, kiedy to kukabura uznała, że właśnie nadszedł czas na jej wokalne występy. Wypada w tym miejscu zauważyć, że ten australijski, mięsożerny zimorodek nie należy do grupy najlepszych śpiewaków, a jego "trele" sprowadzają się do długiego, przerażająco modulowanego wrzasku, który jednym przywodzi na myśl perlisty śmiech, innym zaś dźwięki jakie wydaje stado rozbrykanych małp. Ja sam opowiadam się za tą drugą opcją.

Ludzie w Polsce mają swojego koguta, a my swoją kukaburę. Oba ptaszyska wywierają podobny efekt. Nie trzeba było długo czekać, żeby większość namiotów rozsznurowała się, wypuszczając ze z siebie zaspanych ludzi. Również dziewczynki, które nie zwykły wstawać o szóstej rano, obudziły się i wyszły na zewnątrz ze swojego "mieszkanka".

Podczas śniadania poznaliśmy zwierzę, które podczas naszej wczorajszej nieobecności doprowadziło spiżarnię do przerażającego stanu. Otóż z niezbyt dużej odległości obserwowała nas walabia. Redneck Wallaby to niewielki torbacz przypominający kangura.

Nie trzeba było długo czekać, żeby zwierzątko skuszone przez dziewczynki garścią orzechów, podeszło bliżej. Przekupione smakołykami pozwoliło się dokładnie obejrzeć, a nawet pogłaskać. Z racji budowy paszczy oraz pazerności, walabia została ochrzczona przeze mnie mianem kozy.

Śnieg w środku lata i ucieczka przed deszczem

Po lekkim śniadaniu, na które złożyły się płatki kukurydziane z jogurtem, wyruszyliśmy do Zumstein.

Nazwa Zumstein pochodzi od nazwiska pierwszego osadnika, który zdecydował się zamieszkać na tych terenach około 1930 roku. Z czasów, gdy miejsce to tętniło życiem pozostały jedynie szczątki domu i zabudowań gospodarczych, a także zapomniany basen, w którym baraszkowały niegdyś dzieci dzielnego pioniera.

Czego nie udało się strawić pożarom, które niejeden raz przetoczyły się przez to miejsce, powoli trawi czas. Zarząd Grampians National Park dba o to, żeby zachować tę pamiątkę przeszłości w nienaruszonym stanie. Walka z buszem, wdzierającym się z każdym dniem, trwa nieprzerwanie - trawa jest tu regularnie koszona, a samosiejki eukaliptusów starannie usuwane. Pomimo tych prac, których skutki są świetnie widoczne, miejsce jest raczej przygnębiające i jako nieatrakcyjne, raczej nieznane.

Nie, jednak nie jest to do końca prawdą. Zumstein wśród turystów słynie z czegoś innego. Otóż znajduje się tu jeden z największych obszarów, gdzie można podziwiać pasące się kangury. Każdego dnia o poranku, oraz po zachodzie słońce, kangury wychodzą na żer. Do Zumstein przyciąga je płaski teren z regularnie koszoną trawą. Z racji przedpołudniowej pory, nie udało nam się jednak nacieszyć oczu tą atrakcją.

Kiedy zwiedzaliśmy kangurze Eldorado zadzwonił telefon. Był to mój znajomy z Melbourne, który koniecznie chciał dowiedzieć się, jak też sobie radzimy w górach i... czy wzięliśmy ze sobą płetwy. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że płetw nie mamy i raczej wątpię, żeby miały nam się przydać. Zbiorników wodnych w okolicy nie widać, a i nie zanosi się na nagłe ich powstanie. Niebo co prawda zachmurzone, ale raczej wątpię, żebyśmy mieli być świadkami potopu. Moja krótka recenzja sytuacji pogodowej w Grampians wywołała w moim rozmówcy pomruki niedowierzania, po czym powiedział mi wstrząsającą wiadomość, jakoby w Melbourne spadł śnieg. Śnieg? W Australii? W środku lata? Mało tego - przez dzielnicę w której mieszka przeszedł huragan zrywając kilka dachów z domów. Nie chciało mi się w to wierzyć, jednak później, kiedy wysłuchaliśmy wiadomości okazało się, że wszystko to było prawdą. W Melbourne spadł śnieg w środku lata. Podobną taką anomalię zanotowano ponad czterdzieści lat temu.

Ha! Znaczyło to, że udało nam się uciec nawałnicy i teraz możemy się cieszyć świetną pogodą w górach. Jednak już w kilka minut po telefonie od znajomego, coś jednak zaczęło psuć się w aurze ponad nami. Chmury, które towarzyszyły nam od rana, jakby zgęstniały. Wszystko zaczęło wskazywać na to, że jednak spadnie deszcz.

Wsiedliśmy do samochodu i skierowaliśmy się w stronę Halls Gap, gdzie mieliśmy spotkać znajomych. Po drodze jednak chcieliśmy odwiedzić słynny punkt widokowy Boroka Lookout.

Miejsce to znajduje się w południowo-wschodniej części pasma Mt Difficult. Rozpościera się stamtąd cudowny widok na Halls Gap oraz wschodnie Grampiany. To wymarzone miejsce by podziwiać wschody słońca.

Nie mogliśmy jednak zabawić tu dłużej. Przegonił nas wiatr przynosząc ze sobą dojmujący chłód i deszcz. Zjechaliśmy w dół i skierowaliśmy się w stronę Wartook Lake.

To sztuczne jezioro zaopatruje w wodę okoliczne miasteczka. Jest również ulubionym miejscem spędzania wolnego czasu przez wszelkiej maści wędkarzy. Na jego brzegach można znaleźć kilka świetnie zagospodarowanych miejsc kempingowych. Zostały one przystosowane do potrzeb miłośników "moczenia kija w wodzie", nic więc dziwnego, że są one przez nich oblegane niemal cały rok. W chwili obecnej, poziom wody w jeziorze zdradza jak bardzo Grampians National Park cierpi suszę.

Przez dłuższą chwilę staliśmy na brzegu i obserwowaliśmy jak po przeciwnej stronie tafli wody zbierają się i kotłują chmury. Kilka kilometrów w linii prostej od nas padał deszcz. Padał tak intensywnie, że gołym okiem można było obserwować, jak błyskawicznie przesuwa się jego granica. Było to niesamowite widowisko. Nawet dziewczynki wpatrywały się z niedowierzaniem i drżały z emocji. "Zaraz do nas dojdzie! Uciekajmy stąd!" krzyczały. Tak też się stało. W kilkadziesiąt sekund później poczuliśmy na twarzach pierwsze krople deszczu. Zanim dopadliśmy samochodu zaparkowanego kilkanaście metrów dalej, byliśmy mokrzy.

Uznaliśmy, że wizytą nad jeziorem Wartook możemy tego dnia zakończyć zwiedzanie. Pojechaliśmy prosto do Halls Gap, gdzie korzystając z uprzejmości znajomych wykąpaliśmy się i zjedliśmy kolację. Czekał nas jeszcze powrót do namiotu, ale tym razem obyło się bez niespodzianek. Mogę więc uznać, że ten jakże obfity we wrażenia dzień, dobiegł końca.

Dzień pierwszy... Dzień trzeci...

 


Mapka podróży - dzień drugi.
Grampians