Grampians National Park 2006

18-02-2007, Melbourne

Grampians National Park 2006

Myśl o ucieczce od przedświątecznej zawieruchy, zamieszania związanego z przygotowywaniem masy jedzenia, pieczenia placków, przyozdabiania drzewka w kolorowe bibeloty, już dawno świtała mi w głowie. W tym roku postanowiłem myśl przekuć w czyn, czego efektem była wycieczka w góry; jak się okazało - wspaniała!

Celem naszej podróży był Grampians National Park, jeden z najbardziej znanych parków krajobrazowych w stanie Victoria. Słynie on nie tylko z zapierających dech w piersi widoków, jakie rozciągają się z wierzchołków gór zrębowych, ale również bogatej skarbnicy kultury aborygeńskiej i europejskiego dziedzictwa pozostawionego przez pionierów, którzy chętnie osiedlali się na tych terenach.

W 1984 roku Grampiany otrzymały status Parku Narodowego. Na jego 170,000 hektarowym obszarze znajdują schronienie zwierzęta oraz rośliny, które niejednokrotnie są endemiczne dla tego terenu.

Góry Grampians odwiedza co roku ponad milion turystów, zwabionych tutejszymi atrakcjami. Spacery w buszu, studiowanie natury, wspinaczki górskie i skałkowe, pikniki na łonie natury, jazda na rowerach po bezdrożach, a także możliwość posiedzenia z wędką na brzegu górskich rzek i potoków, to jedynie początek długiej ich listy.

Park dysponuje świetnie rozwiniętą siecią dróg, co sprzyja turystyce samochodowej; jak stwierdziliśmy później, głównie na taką jest przygotowany. Tym samym, łatwo dotrzeć do okolicznych wiosek, które stanowią specyficzny koloryt oraz ciekawe urozmaicenie tego regionu.

Z internetowych przewodników można było dowiedzieć się, że czas, który wybraliśmy, to najlepszy moment na zwiedzanie parku. W styczniu 2006 r. pożar buszu na Mt Lubra strawił prawie doszczętnie szatę roślinną Grampianów. Jednak dzięki temu można na własne oczy zobaczyć, jak australijski busz odradza się niczym Feniks z popiołów, jak coraz to większe obszary czarnych, wypalonych połaci zakwitają zielenią eukaliptusów. Nie mogliśmy tego przeoczyć!

Wyprawa

Grampians National Park jest oddalony o około 280 km od Melbourne, co oznaczało, że czeka nas około czterogodzinna podróż. Na szczęście, droga wiedzie przez bardzo malownicze zakątki Victorii i dzięki temu nie dłuży się tak bardzo.

Jako pierwsze mijamy Bacchus Marsh, leżące między Melbourne a Ballarat. Okolica słynie z pięknych sadów owocowych oraz ogromnych pastwisk, gdzie bydło pasie się bez przerwy cały rok, nie niepokojone koniecznością powrotu na noc do stajni. Samo miasteczko cieszy się długą historią, sięgającą połowy 1850 roku, czyli tuż sprzed odkrycia złóż złota w Ballarat.

Wjeżdżając do centrum, przejeżdżamy Aleją Zasłużonych (The Avenue of Honours) wiodącą przez długi szpaler potężnych wiązów i dębów. Drzewa te zostały zasadzone przez tutejszą ludność dla uczczenia pamięci miejscowych bohaterów walczących podczas Pierwszej Wojny Światowej.

Nie zatrzymujemy się dłużej w Bacchus Marsh, oglądając je przelotnie z okien samochodu.

Kolejne miasto na naszej drodze to słynne Ballarat. To największe po Melbourne miasto w stanie Victoria zostało założone w 1838 roku przez Williama Cross Yuille'a oraz Henry'ego Andersona. Nazwa wywodzi się z dialektu aborygeńskiego i oznacza "miejsce odpoczynku".

Sławę przyniosło mu odkrycie na tych terenach w 1850 roku złóż złota, co spowodowało niespotykany napływ ludzi, czyniąc z Ballarat największe miasto w Victorii. Główną atrakcję stanowi Sovereign Hill - górnicze miasteczko zamienione na muzeum.

Ballarat słynie również z jedynego w Australii zbrojnego powstania ludności cywilnej (sic!), które miało miejsce 3 grudnia 1854 roku. Wydarzenie to, które na stałe zapisało się w historii Australii jako "Eureka Stockade", było przyczyną śmierci 22 górników.

Jako ciekawostkę nadmienię, że w tej historii wziął udział Polak. Władysław Sylwester Kossak, urodzony w Wiśniczu, najmłodszy syn Michała Kossaka. 17 września 1854 roku został promowany na porucznika policji. Służył w Castlemaine, Bendigo oraz Wedderburn jako oficer odpowiedzialny za eskortę złota. W chwili wybuchu powstania dowodził oddziałem siedemdziesięciu konnych policjantów w Eureka Stockade. Po latach oceniono go jako jednego z nielicznych oficjeli sympatyzujących z górnikami.

W miejscu krwawych rozruchów powstał park gdzie ustawiono obelisk upamiętniający zajścia tamtego okresu.

Tymczasem nasza droga wiodła dalej. Po kolejnych kilkudziesięciu kilometrach minęliśmy Ararat. Również to miasto zawdzięcza swój rozwój krótkiej "gorączce złota", jaka nastąpiła w związku z odkryciem tu kruszcu w 1857 roku. Ararat jest jedynym australijskim miastem założonym przez chińskich emigrantów. Dziś jego główny przemysł to produkcja wełny, wołowiny oraz wina. Winnice powstały tu w 1863 roku, założone przez osadników - oczywiście, z Francji.

Jako ciekawostkę mogę dodać, że znajdowało się tu również jedno z najcięższych współczesnych więzień o zaostrzonym rygorze dla obłąkanych i psychicznie chorych przestępców. Obecnie przerobione na muzeum więziennictwa.

Po kolejnych kilku kilometrach naszym oczom ukazały się zarysy gór. Oto dojeżdżaliśmy do celu naszej podróży.

Uprzedzeni przez znajomych, że Grampiany w okresie międzyświątecznym zwykle pękają w szwach od nadmiaru turystów, uznaliśmy że mądrze będzie zarezerwować sobie miejsce na jednym z wielu pól namiotowych. Udaliśmy się do centrum informacji turystycznej, mieszczącego się w Halls Gap, gdzie uiściliśmy niezbyt wygórowaną opłatę za cztery kolejne noce naszego pobytu.

Miły pan powiedział nam też, że większość pól namiotowych jest w chwili obecnej zamknięta z powodu wspomnianego już pożaru, który zniszczył większość dróg dojazdowych oraz zaplecze sanitarne.

Na szczęście północna część Grampians, która interesowała nas najbardziej, nie ucierpiała w tak dużym stopniu i trzy spośród pięciu pól biwakowych były otwarte.

Uzbrojeni w namiastkę mapy turystycznej pojechaliśmy wybrać miejsce, w którym miał stanąć nasz namiot. Grampians National Park słynie z turystyki, lecz - jak mieliśmy okazję się przekonać - nie z turystyki pieszej. Zaplecze dla pieszych wędrowców jest tu bardzo słabo rozwinięte. Park dysponuje siecią kilkudziesięciu świetnie zagospodarowanych pól namiotowych rozrzuconych wśród gęsto pokrytych buszem gór i gotowych na przyjęcie zmotoryzowanych. Nie znajdziemy tu jednak znanych z Polski schronisk turystycznych, ani przyzwoicie oznakowanych barwnymi kodami górskich szlaków, a mapy turystyczne, które stanowią podstawowe wyposażenie każdego górskiego "włóczykija" tutaj przyprawiają o sentymentalne westchnienie za świetnymi polskimi wydawnictwami tego typu.

Taki właśnie skromny plan, bo mapą nie sposób było tego nazwać, pomagał nam w poruszaniu się podczas naszej wyprawy.

Po 35 km jazdy znaleźliśmy się na niemalże pustym obszarze, zmyślnie zaaranżowanym na pole namiotowe. Kilka namiotów, stojących w różnych miejscach, świadczyło, że nie będziemy tu całkiem sami, jednak do zapowiedzianego tłoku brakowało bardzo dużo. Czyżby tego roku Grampiany miały świecić na święta pustkami?

Nasze obozowisko postanowiliśmy rozbić na uboczu. Po kilkudziesięciu minutach stanęły nasze dwa namioty. Jeden większy, dla dorosłych, i jeden mniejszy - dla dziewczynek, które bardzo cieszyły się faktem, iż będą mieszkały w nim same. Oczywiście, ich domek natychmiast uzyskał status "Kids only", co znaczyło w wolnym tłumaczeniu, iż rodzice mają trzymać się z daleka.

Wszelkie dobra, jakie przywieźliśmy ze sobą, zdeponowaliśmy w przedsionku naszego namiotu i w chwilę później siedzieliśmy znów w samochodzie, kierując się w stronę największego wodospadu - McKenzie Falls.

Przedzierając się przez góry, rzeka McKenzie tworzy wiele wodospadów i kaskad, jednakże w większości nie są one zbyt popularne, a do niektórych bardzo trudno jest dotrzeć. Główny wodogrzmot rekompensuje tę stratę z nawiązką. Podobno... albowiem pech chciał, że przyszło go nam oglądać w okresie suszy i z tego powodu przetaczało się przez niego niewiele wody.

Mocno zawiedzeni widokiem prawie pustego wodospadu, postanowiliśmy na pociechę pojechać do Halls Gap na lody. Chcieliśmy też spotkać tam naszych znajomych, którzy dotarli do parku dzień wcześniej i rozbili swój namiot na jednym z prywatnych pól namiotowych blisko centrum miasteczka.

Po drodze jednak zaliczyliśmy jeszcze jedną atrakcję - The Balconies. To prawdopodobnie najsłynniejsza formacja skalna w całych Grampianach. Z całą pewnością stanowi niezaprzeczalną wizytówkę tego parku. Zdjęcie "balkonów" znajduje się nawet na znaczkach pocztowych emitowanych w stanie Victoria.

Spacer do "balkonów" rozpoczyna się z parkingu Reed Lookout, który już sam w sobie jest niezmiernie ciekawym punktem widokowym. Po drodze mijamy skały przypominające szatę naciekową jaskiń, lub - jak to określiły moje córki - palce olbrzymów. Zostajemy tu chwilę pozwalając dziewczynkom wspinać się na głazy oraz posiedzieć na płaskim kamieniu nazwanym przez nie "płytą CD".

Dalsza droga wiedzie przez zniszczony ostatnim pożarem las. Można tu zobaczyć, jak spalone drzewa na nowo odżywają, wypuszczając niezliczoną ilość nowych zielonych gałązek. Muszę przyznać, że widok to niesamowity.

Po chwili docieramy do słynnych balkonów. Dwa ogromne skalne tarasy wyrastają prosto z ziemi zawisając nad kilkudziesięciometrową przepaścią. Do niedawna można było wchodzić na nie i robić sobie zdjęcia, teraz jednak tabliczka wyraźnie tego zabrania.

Muszę przyznać się, że złamałem ten zakaz. Poprosiłem żonę, żeby stanęła na jednym z tarasów. Jeśli dobrze się rozejrzycie, to znajdziecie fotograficzny zapis tego wykroczenia.

Teraz już z czystym sumieniem - choć pewnie powinno być inaczej - mogliśmy pojechać do Halls Gap.

Spotkanie, podczas którego omawialiśmy plany wyprawy na kolejne dni, przerodziło się niepostrzeżenie w kolację wigilijną z prezentami, życzeniami, wspólnymi zabawami i mnogością potraw na wigilijnym stole. Pożegnaliśmy się późnym wieczorem i ruszyliśmy w drogę do naszego obozowiska.

Planowaliśmy od razu udać się na spoczynek, by z samego rana wyruszyć w góry. Niestety, nie dane nam było zasnąć zbyt szybko tej nocy. Po powrocie czekała nas niezbyt miła niespodzianka. Okazało się, że podczas naszej nieobecności, do namiotu zakradło się jakieś zwierze i dokładnie przeszukało wszelkie pakunki, pudełka i torby w poszukiwaniu smakołyków. Większych szkód nie uczyniło, ale dłuższą chwilę zajęło nam zbieranie porozrzucanych przedmiotów. W końcu przywróciliśmy jaki taki ład naszym zapasom i mogliśmy pozwolić by zmorzył nas sen...

Dzień drugi...

 


Mapka podróży - dzień pierwszy.
Grampians